Słowo się rzekło, los przyfarcił, trzecia wizyta w przeciągu roku w Przeklętych stała się faktem. Wizyta nie byle jaka,
ale wyjątkowo udana pod kątem okoliczności pogodowych, logistycznych, no i rzecz najważniejsza tych niespodziewanych, a zapadających w pamięć najgłebiej przygodowych. A było to tak...
Lot z Dublina do Podgoricy był moim "farewell to Ireland" raczej na dłużej niż krócej, przesiadka w Budapeszcie przebiegła wyjątkowo gładko. Z Marcinem, który do umówionego miejsca spotkania na czarnogórskim wybrzeżu podróżował na przeróżne sposoby lądem dwa dni z Rzeszowa, zeszliśmy się wieczorem w czwartek 22 września w Sutomore.
Nad słonecznym Adriatykiem zabawiliśmy do soboty z czego godnymi wspomnienia poza zwyczajowymi nadmorskimi atrakcjami były premierowe biwaki, gdzie na pierwszym o mało nas nie zwiało z klifów do morza, a przy okazji zaatakowały mrówki giganty plus sfora psów o poranku, drugi natomiast, który przypadł wprost na wielkiej nie tylko z nazwy plaży w Ulcinj tuż za rozpieprzonym, postgierkowskim czy posttitowskim hotelem widmo po zupełnie rozrywkowym, lekko zakrapianym wstępie zamienił się w bezsenny koszmar nieustającej i przegranej niestety batalii z jakimś komarzym planktonem, za sprawą którego
w wieku lat 30 dorobiłem się niezmywalnego trądziku...
Tak to się zaczynało, a konkret przyszedł późnym popołudniem w sobotę, kiedy to zawitaliśmy do znajomo rozwrzeszczanego Gusinje. Cevapi w Mimozie na przełamanie złej passy tym razem mnie nie znokautowało, zakupy, internet, po kielichu raki w przydymionej kafanie i w drogę ku ciemnej dolinie...
Poranek dnia pierwszego w Przeklętych, na tej samej łące co dokładnie rok wcześniej u wrót Ropojany tuż ponad Vusanje przywitał nas mgłą, która następnie w zupełnie podobnym widowisku jak podczas naszej pierwszej wizyty tutaj, fantastycznie ustąpiła miejsca pogodzie o jakiej na Wyspie Zielonej zwykle mogłem tylko pomarzyć.
Słońce towarzyszyło naszym leniwym krokom przez całą długość Ropojany, w której zaliczyliśmy długi popas nad fenomenalnie turkusowym Okiem Skakavicy, daliśmy się spisać znudzonym ciężką, niedzielną służbą pogranicznikom, by po kolejnym leżakowaniu w cieniu sosenek nad jeziorem, którego nie ma i w genialnej scenerii skalnych mnichów Karanfili zdecydować, że jednak mimo braku chęci, a wobec dokuczliwego braku wody przechodzimy na wieczór na stronę albańską w poszukiwaniu
tej ostatniej. Ponad niewysokim progiem wkroczyliśmy na przestronne, soczyste polany, widok zwyczajny może w Karpatach, ale nie tutaj. Rychło też ścieżka i dalekie echo szczekających psów doprowadziły nas do ukrytych za najeżonym skałkami garbem szałasów, na katun hali, doliny Buni i Runices. W nomenklaturze górali bałkańskich "katunami" zwykło się określać letnie obozowiska pasterzy, miejsca wybrane nieprzypadkowo, dogodne, do których stada powracają po całodziennym wypasie na wieczór, gdzie cały zwierzęcy przybytek jest koszarowany, gdzie ma miejsce udój, gdzie co najważniejsze jest stałe źródło wody... c.d.niebawem.