Przewodnik tatrzański, Tomasz Świst, Home

Witaj na Lodowym,
Po stronie pasji gór
i przygody.
Zapraszam
do wspólnego wędrowania!
Zamów wycieczkę teraz!

Przewodnik tatrzański zaprasza w Tatry, Pieniny i okolice

Kompleksowa obsługa pobytu w górach i opieka przewodnicka dla grup i turystów indywidualnych.
Wycieczki górskie w Tatry i Pieniny o rozmaitym stopniu trudności oraz tury objazdowe szlakami zabytków
historii i kultury krain podtatrzańskich Polski i Słowacji. Cennik usług. Rabaty dla grup szkolnych. Serdecznie zapraszam!
Tel. +48 603 531 835
E-mail: tomek@lodowy.pl
komentarze: dodaj
imię: Nikita
2012-03-27 23:43
Gdzież to tym razem wiatr uniósł Cię na swych skrzydłach?

Aktualności

Przewodnik tatrzański. Dzisiaj rano nad Łapszanką...

2012-05-09
Pozdrowienia dla całej, wesołej drużyny I B z Gimnazjum sióstr Prezentek w Rzeszowie,
z którą wędrowałem w ostatnich dniach po wiosennym Spiszu i Pieninach :)
komentarze: dodaj
imię: Sandra
2012-05-13 22:29
Dziękujemy za niepowtarzalne chwile spędzone razem i pokazanie nam "innej" strony polskich gór! Serdecznie pozdrawiam. PS. Może do widzenia na następnej wycieczce ? ;)
imię: Justyna
2012-05-11 20:01
Dziękuję, wycieczka bardzo mi się podobała!!!!! :D
imię: Madzia
2012-05-10 21:18
Dziekuuuuuujemy Panie Tomku było genialnie !!!!!!! Niech Pan jedzie z nami na wycieczke w przyszłym roku !!!!
imię: Piotrek
2012-05-10 20:54
Dziękujemy za wspaniałą wycieczkę! Do zobaczenia na szlaku :) Pozdrawiam
imię: Oliwia
2012-05-10 18:34
I dla Pana przewodnika też pozdrowienia :) Było bardzo fajnie! ;d

Zamki spiskie, turnie kościeliskie... Sezon przewodnicki rozpoczęty!

2012-05-06
Lato w zimie, zima w lecie... Wielka Majówka z fanfarami wybuchła pod bezchmurnym błękitem nieba nad całą Polską, tak w miastach, nad wodą i lasami jak i pod śnieżnymi szczytami Tatr przeglądającymi się coraz śmielej w przybierających z każdym upalnym dniem coraz bardziej soczysty odcień zieleni dolinach wypełnionych rozentuzjazmowanym tłumem wycieczkowiczów spragnionych pełnych światła widoków, budzącego się do życia górskiego świata.
Kościeliska, Regle, Hala, Moko... zaroiło się na szlakach, tylko Jaworzyna jak zawsze niby spóźniona i cicha, zupełnie nieporuszona gwarną rzeką ludzi i samochodów nieprzerwanie płynącą po przeciwnej stronie Gombosiego lasu...
Przestrzeni szczęśliwie starczyło wszystkim i tym pielgrzymującym jeden za drugim i tym szusującym w pełnym słońcu Staroleśną czy spod Lodowej... Tatry w pełnej krasie, sezon turystyczny uważa się za otwarty! Przewodnik tatrzański idzie do pracy...
Zamki spiskie, wąwozy, turnie i polany kościeliskie w słonecznej scenerii rodzącej się wiosny na dobrą inaugurację tegorocznego przewodnikowania dla mnie.
Serdeczne pozdrowienia dla sympatycznej grupy turystów z Zespołu Szkoł w Żyrzynie, z którą miałem przyjemność wędrować i wojażować w te piękne majowe dni!
komentarze: dodaj
imię: Magdalena (grupa z Żyrzyna)
2012-05-17 17:15
Serdecznie dziękuję za fantastyczne rozpoczęcie sezonu :) wykazał się Pan ogromną wiedzą i zapałem, i zdecydowanie profesjonalnym podejściem do laików w dziedzinie wędrówek górskich :) na pewno będę polecac Pana usługi :) pozdrawiam :)
imię: Michał
2012-05-07 13:30
Wielkie dzięki Panie Tomku za bardzo ciekawą i profesjonalnie zorganizowaną wycieczkę w Tatry i ciekawe zakątki Słowacji... pzdr...

Hallowed ground. Na rogu Jaworzyńskiej i Jurgowskiej...

2012-05-04
''Old friends meet on the edge of town
Sharing conversation, hoping things´ll soon get better
While their children meet, got the world at their feet
Not knowing what´s around the corner
Are we living for an uncertain future?''*
Z pozdrowieniem dla niestrudzonych poszukiwaczy narciarskiej przygody i wyznawców firnów majowych: Krisa, Hansa i Freney'a...
Z podziękowaniem za ostatnie wieczorne posiadówy o smaku najlepszych wspomnień zakątków magicznych i uchylenie drzwi tajemnicy miejsca, które znałem dotąd jedynie z opowieści niesamowitych, miejsca na rogu Jaworzyńskiego Świata, najlepszego świata, jaki znam.
Do następnego razu w leśnej przystani pod Białą Górą!
komentarze: dodaj
imię: Hans
2012-05-12 23:07
Pamiętaj, Słońce Cubryny nie zachodzi nigdy!!!

Lodowego sen o wiośnie...

2012-05-03
Dni lśniącej bieli podszczytowych półek u kopuły skalnego gmachu, granitowej katedry rysującego spiskotatrzańskie niebo Lodowego już policzone. Wielkie niedopowiedzienie jaworzyńskiego widoku najpiękniejszego przedzierzga się z milczącego, zimnego zaklęcia w żarzący się purpurą spektakl świateł i cieni pośród cielsk podniebnych ostańców, ponad ferią ciepłych żółci i coraz mniej szarej zieleni kojącą blizny szalonych wiatrów ostatniego stulecia ścielące się jak długa i szeroka tatrzańska knieja wrót Jaworowej, sto pięćdziesiątego ósmego być może już słońca zachodu nad polaną-zgodnym domem dni przeszłych i przyszłych, chwalebnych, nad wszystkie skarby świata. Chwilo trwaj!
"Zamieszkałem w lesie zwabiony między innymi myślą, że będę miał czas i sposobność obserwować nadejście wiosny.
Z czasem lodowa tafla upodabnia się do plastra miodu, w który mogę na spacerze wbijać obcasy. Mgły, deszcze i cieplejsze
słońce stopniowo topią śnieg; dni stają się wyraźnie dłuższe; stwierdzam, że nie będę musiał gromadzić więcej chrustu,
albowiem już po zimie i nie trzeba dużo palić. Czujnie wyglądam pierwszych oznak wiosny, okazji, aby posłuchać świergotu
nadlatującego ptaka albo pisku wiewiórki czikari, której zapasy już się chyba wyczerpały, obserwuję, jak świstak ryzykuje
wyjście ze swojej zimowej kryjówki(...) Lód na stawach topnieje szybko, trawa na zboczach wybucha płomieniem niby
wiosenny ogień - jak gdyby ziemia promieniowała wewnętrznym ciepłem, aby pozdrowić nim powracające słońce;
jej płomień nie błyska żółtością, lecz zielenią; symbol wiecznej młodości, źdźbło trawy, niczym długa, zielona wstążka
wystrzela z darniny i wije się ku latu; powstrzymuje ją co prawda mróz, aliści ona niebawem znowu pospieszy naprzód,
zbrojna we włócznię z zeszłorocznego siana, pod którą kryje się nowe życie. Strumyki śpiewają wiośnie kolędy i radosne pieśni na głosy(...).Jeden drobny deszczyk i trawa przybiera soczysty odcień głębokiej zieleni. Podobnie wraz z przypływem weselszych myśli rozjaśniają nam się perspektywy. Pędzilibyśmy szczęśliwy żywot, gdybyśmy zawsze żyli teraźniejszością
i cieszyli wszystkim, co nam się przydarza, tak jak trawa, która przyznaje, że wpływ na nią mają nawet najmniejsze kropelki rosy, gdybyśmy nie marnowali czasu na pokutę za niewykorzystane w przeszłości okazje, co nazywamy naszym obowiązkiem. Marudzimy jeszcze pośród zimy, podczas gdy oto już wiosna. W piękny wiosenny poranek wybacza się wszystkie ludzkie grzechy. Taki dzień kładzie kres występkom. W rozpalonym słońcu zapiekły grzesznik nawrócić się może wnet.
Dzięki własnej odzyskanej niewinności dostrzegamy niewinność bliźnich.
Henry D. Thoreau, "Walden, czyli życie w lesie" - r.XVII "Wiosna"
Lodowego sen o wiośnie się spełnia!
komentarze: dodaj

Zamieszkałem w lesie... Laponiada 2012 vol.II... Wspominając...

2012-04-16
"Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie,
stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami,
przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego może
mnie życie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem."
Henry D. Thoreau "Walden, czyli życie w lesie" r.II "Gdzie żyłem i po co"
komentarze: dodaj

Z wiosną nadzieja się budzi. Wesołych Świąt!

2012-04-06
"O jutrze masz wiedzieć jedynie to, że Opatrzność Boża wstanie dla ciebie wcześniej niż słońce."
Lacordaire
Niech wasze domy zajaśnieją wiosennym słońcem!
Wesołego Świętowania Nocy Wielkiej i Jutrzenki Radosnej Wszystkim Wam życzę
Tomek
komentarze: dodaj

Przestrzeń woła! Złotej Rzeki skarby zaklęte, ślad zaginiony. Zima w Laponii. Ivalo - Lemmenjoki - Inari ski tour.

2012-04-05
Opisać dzień z życia w lesie... niech i zabrzmi to pretensjonalnie, ale to wyzwanie przekraczające ciągle gibkość mojego pióra czy lotność myśli transcendentnej. Jak bowiem ubrać w reprezentatywne słowa tak nieskażoną prostotę pożytkowania czasu i jakim to tekstem, pozbawionym przesadnej wzniosłości oddać cały magnetyzm spartańskości bytu unurzanego w niemal bezgranicznej dziczy? Bytu, który czytając znaki przyrody, nieustannie uczy się jej prawideł i wchodząc w coraz ściślejszą symbiozę z dominującym nad nim naturalnym otoczeniem odkrywa nieznaną ludziom przemysłowym przestrzeń satysfakcji z życia jako takiego, nową kartę prawdy o sobie samym i ogrom sensu z bycia tu i teraz - częścią świata wolną od podcinających skrzydła dogmatów i konwenansów socjoinżynierii tworzonej dla ludzkich mas.
Samotność w wielkim lesie w środku mroźnej zimy, lesie zastygłym śniegiem i lodem to dla umysłu człowieka z miasta dojmująco ostre doświadczenie kolejnej fazy wtajemniczenia relacji z naturą charakteryzującej się jałową estetyką doznań zmysłowych i często bolesnym wręcz zbieraniem cięgów za przywleczoną tu z przeoranych nizin nonszalancję w grze o codzienne przetrwanie - tej samej gospodarce płynącego czasu, w którym "lowił ryby" i aktywności, perypetii jakie przeżywał Thoreau nad Waldenem - opisanej w niezrównanej literackiej apoteozie życia wolnego, życia uczciwego na kartach jego najgłośniejszego dzieła. Wędrówka przez zimową pustkę po horyzont to szerokie otwarcie okien na przewietrzenie pękającego w szwach zbytecznej wiedzy i bezużytecznych złudzeń umysłu. Nagromadzone w natłoku cywilizacji hałasu emocje witają niekończącą się żadnym zamknięciem przestrzeń pretensją i nerwowym szarpaniem się w poszukiwaniu wyrazistych bodźców - bezskutecznie. Żadnych fajerwerków do perceptualnej zabawy tutaj nie znajdziecie.
Oto na zawsze ofiaruję ci absolut ciszy mąconej tylko pieśnią wiatru pośród bezkresu spowitych zimą leśnych wzgórz i uśpionych w lodowej formie rzecznych wstęg. Znajdź w sobie pokorę, żaden pośpiech tutaj nie istnieje. Nagrodą niech będzie ci dach nad głową i ciepło trzaskającego w piecu ognia skrytej w sercu kniei chaty, o której marzyłeś. Zostaw za sobą wszystko co było i o czym pamiętać nie musisz. Wyznacz azymut i ruszaj, naprzód w dal! hen!
Zimowy wyjazd do Laponii fińskiej na całą drugą połowę marca był dla mnie oczywistym następstwem odkrycia i fascynacji "chatkowym życiem" w tajdze u schyłku jesieni roku ubiegłego na pogranicznych pustaciach okolic parku Urho Kekkonena na północnym wschodzie. Pierwotny spontan postanowił przepoczwarzyć się dość programową eksplorację wycinka Dalekiej Północy. Nowy plan po ociosaniu go z nadmiaru nierealnych w warunkach arktycznej zimy fanaberii zakładał trawers terenów na zachód od Ivalo, tajgi na styku obszaru dziczy Hammastunturi i doliny największej rzeki tych okolic - Ivalojoki z dalszą kontynuacją ku wzgórzom nad Lemmenjoki i powrotem ku terenom jakkolwiek zamieszkałym szerokim łukiem via Njurgulahti aż do Inari na północy. Od razu powiem, że plan w przybliżeniu dał się zrealizować z koniecznymi za sprawą warunków pogodowych i śniegowych "uproszczeniami" trasy na przecięciu drogi 955(Kittilä - Inari) i dojściu nad Lemmenjoki z pominięciem chat w górnym biegu rzeki - na korzyść zwiedzania okolic samego Inari, czego wcześniej nie zakładałem.
W Ivalo wylądowałem wieczorem, w czwartek 15 marca. Pełnia zimy, monstrualne hałdy zgarniętego śnegu przed lotniskowym terminalem i rozbiegający się wkoło w nieskrywanym podnieceniu Japończycy... fotka z neonem w krainie świętego Mikołaja przecież musi być... Leśny biwak w głębokiej zaspie pod namiotem nieopodal minął bezstresowo, noc była wietrzna i raczej odwilżowa. Po leniwej pobudce dnia następnego zacząłem kreślić narciarski ślad kierując się na zachód ku ostatnim zabudowaniom Tolonen i zakolom szerszej niż się spodziewałem Ivalojoki. Skuta lodem rzeka naznaczona śladem skuterów śnieżnych była mi szlakiem, którym sunąłem na nartach przez następnych kilka dni wobec faktu, że jakakolwiek próba pójścia leśnymi przełajami na śladówkach kończyła się zagipsowaniem w śniegu po pas. Pierwsza noc nad rzeką zastała mnie na gęsto zarosłym młodnikami cyplu, gdzie obok jakiegoś zabitego dechami nawiedzonego domu trafiła mi się otwarta leśna sauna... Po kilku godzinach żmudnej wędrówki dnia następnego czekała na mnie stara, bajkowa Louhioja, w której na powitanie wybiegła mi wyrwana z poobiedniej drzemki mysz wybałuszając ciekawsko oczy na to kogo tu w tą zimę licho przyniosło. Rzeka i las lśniły zachodzącym, złocistym słońcem... c.d.n.
komentarze: dodaj

Lodowy.pl poleca: "Die Mitte" - Gdzie ten Środek? Karpackie echa w filmie Stanisława Muchy.

2012-03-14
Za chwil parę minie 8 lat od kiedy jako kraj na powrót staliśmy się częścią tej lepszej Europy. Aspiracje pokoleń naszych rodziców i dziadków doczekały się wreszcie spełnienia: najbliższy świat niemal bez granic, początek krętej acz pełnej nadziei na sukces i mityczne "lepsze jutro" drogi zrzucania okowów społeczno-ekonomicznych absurdów ufundowanych półwieczem systemowej patologii... Cały ten czas przeplatanki wzlotów i kryzysów w ramach Europy coraz szerzej i ściślej zjednoczonej to też cała czasoprzestrzeń głośnego, ale raczej średniotwórczego dyskursu w temacie czym ta jednocząca się na różnych poziomach Europa ma się stać docelowo i czy wreszcie jesteśmy zdolni zdefiniować coś tak fundamentalnego dla futurystycznej wizji "Wspólnej Europy" jak "tożsamość europejska" jednako rozumiana przez Szweda, Polaka, Niemca czy Portugalczyka. Pomimo usilnych napinań niezliczonych, czujących misjonarskiego ducha wierszokletów chyba niewiele zaryzykuję twierdząc, że żadnej zgodności w kwestii ustalenia kryteriów kulturowych jakiejś uniwersalnej identyfikacji paneuropejskiej ponad nacjonalizmami na dzisiaj nie osiągnęliśmy...
Niedookreśloność problemu dotyczącego kontynentu było nie było określanego mianem "starego" może zaskakiwać i co więcej owo wielkie niedopowiedzenie Europejskości z gruntu filozoficznej dysputy daje się sprawnie ekstrapolować na obserwowalną i jak najbardziej dotykalną i mierzalną rzeczywistość geograficzną! Nawiązując bliżej flagowej tematyki Lodowego wspomnieć wystarczy o sporach w wytyczaniu linii granicznej między Europą a Azją w rejonie łańcucha gór Kaukazu, które zaowocowały poważnym podważeniem tradycyjnie ugruntowanego statusu alpejskiego Mont Blanc(4,807m) jako najwyższej góry Europy "w starciu" z wyrosłym wyżej na Wschodzie rywalem do tego samego tytułu w postaci postwulkanicznego Elbrusa(5,642). Słowo "poważny" w krainie umowności doprawdy nie musi stawiać nikogo na baczność,
a tzw. spory uniwersyteckie znacznie zyskują na żywotności przeniesione w świat empirii, gdzie ciekawość odkrywcy zaspokajana jest w ciągłym procesie poznania,
od szczegółu do ogółu, od dowodu do dowodu, z miejsca na miejsce w odkrywczej, kształcącej wędrówce chociażby...
W taką romantyczną podróż do ... Środka Europy, który okazuje się kolejnym efemerycznym aspektem Europejskości zaprasza nas polski reżyser dokumentalista tworzący od lat głównie w Niemczech, a przez to często zupełnie nieznany polskiej widowni - Stanisław Mucha (nota biograficzna w Wikipedii póki co tylko po niemiecku...)
Jego "Die Mitte" z 2004 r. to obraz pełnej pasji poznania wojaży przez rozległą połać kontynentu od Górnej Austrii przez Słowację, ukraińskie Zakarpacie, Wielkopolskę aż po leśne Podlasie i dalej po Wileńszczyznę - podróż, której motywem przewodnim jest znalezienie odpowiedzi na banalne z pozoru pytanie "Gdzie ten Środek? Gdzie jest Środek Europy? Czy to tutaj? Czy to u Was?" Wędruje z nami oko kamery - niczym oko dziecka, oko nad wyraz szeroko otwarte i rejestrujące wszystko bez żadnych oczekiwań wstępnych, zaskakiwane wielowątkowością i kolorytem spotkań z ludźmi wielu języków, przestrzeni odwiecznej transgresji tak bliskich i tak dalekich stron świata czterech. Nie afiszujący się wyskokami na pierwszy plan komentator zdarzeń, twórca we własnej osobie zachowując konieczne minimum uporu w dążeniu do celu, objawia się niczym postronny obserwator nieznanych mu dotąd zjawisk, przybysz z innego świata, w którym budzi się coraz większa ochota, by drążyć temat, by zrobić krok dalej. Nad całą tą idylliczną odyseją, a niekiedy wręcz humoreską, pełną soczystej zieleni i atmosfery wiejskiego lata unosi się niczym przydrożny pył - duch krainy zwanej Europą Środkową, tą samą, opiewaną przez ojców jej mitu najnowszego jak Kundera, Stasiuk czy Andruchowycz...
Co by filmu tutaj nie opowiedzieć, a tylko go zapowiedzieć...Trawers poznawczy obszaru aspirującego do miana "serca Europy" zwyczajnie nie mógłby się obyć bez wątku górskiego. To przecież wstęga Łuku Karpat tworzy od wieków centralny krwioobieg wymiany kulturowej ludów Środka i stąd też nieprzypadkowo ekipa "Die Mitte" dociera w okolice ukraińskiego Rachowa, między połoninnym Świdowcem a wyniosłą Czarnohorą, gdzie Biała z Czarną Cisą się spotyka - doświadczając miękkiego zderzenia z multikulturowością niezadekretowaną ni wystawioną na cukierkową sprzedaż, naturalną jak od zawsze dziurawy gościniec i zerwany przez wielką wodę most, którego drugi czy trzeci już rok nie ma komu odbudować. Rozgardiasz, który Człowiekowi Zachodu groziłby urwaniem głowy, a który tutaj wyzwala w ludziach nowe pokłady pomysłowości, praktycyzmu i pogody ducha w codziennym siłowaniu się z tym, co nieprzewidywalne z dala od źródeł przenikającej serca próżnymi marzeniami telewizyjnej papki. Szklanka do połowy pełna, jakoś to będzie i ta rozbrajająca względność poczucia upływającego czasu, która niczego nie zaburza, bo i co ma tutaj zakłocać ?... gdy naturalny porządek rzeczy łącznie z kaprysami górskiej pogody i instytucjonalnym zapominalstwem, by nie rzec po zachodniemu "niedbalstwem"... przyjęto w tych stronach za układ powszechnie obowiązujący nad odhumanizowaną siermięgą ordnungu.
No i szlusss, co by sprawy nie przegadać.
Lodowy Grafoman zaprasza do wyruszenia w poszukiwaniu nie zawsze jak się okazuje złotego Środka.
Cały film (82,5 min.) obejrzycie klikając link poniżej, dobrej zabawy!
P.S. I
Karpackie echa słychać, widać i doskonale czuć w innych filmowych utworach Muchy, składających się na już coś więcej niżeli trylogia fascynującej opowieści o Europie Środka.
Słowacki koniec świata, Vychod najprawdziwszych Vychodniarów, odpryski Łemkowszczyzny, klasyka zadupia, południowy skłon Karpat, Medzilaborce i Mikova - miejsce pochodzenia króla pop-artu Andy'ego Warhola. Dociekliwy autor szuka materialnych i niematerialnych śladów pamięci o artyście wśród miejscowych, nie zważając na lokalne tabu... Fantastyczny naturyzm przeprowadzanych ad hoc wywiadów z tubylcami.
Kontrowersyjny ze względu na prowokacyjny motyw inicjujący działania Reżysera dokument o Romach zamieszkujących słowackie Podtatrze. O tej stronie Spisza i okolic w kolorowych przewodnikach wiele nie przeczytacie... Naprawdę warto.
Z podziękowaniem dla Kuby Błasiaka z Kęt za ten i wszystkie inne absolutnie godne uwagi namiary w sieci!
P.S. II
Wątek owego czasu "zawsze dowolnego" osobiście odebrałem jako więcej niż miłą reminiscencję z własnych przygód w okolicy karpackiego środka Europy, rejterady z pierwszego wypadu w Alpy Rodniańskie przez zalewane katastrofalną falą powodziową Zakarpacie końcem lipca 2008 roku, kiedy to w nadspodziewanie wrednych okolicznościach czas bynajmniej nie był mi obojętny... Zmykałem ile sił okazjami przez góry, by przemoczony do ostatnich majtek po przejściu granicznego mostu na Cisie i barejowskich przypadkach z uciekającym autobusem w środku nocy wylądować na spaniu pokotem u... dróżniczki na kolejowej rampie w Sołotwyno. Tak moja gospodyni jak i lokalny element szukający sobie o poranku miejsca wokół okolicznych mordowni otwierających swe podwoje ku mojemu największemu zdumeniu posługiwali się biegle wymiennie węgierskim, rumuńskim i ukraińskim między sobą, a zapytani o aktualnie obowiązującą godzinę spoglądnąwszy na zegarek każdy odpowiadał co innego, śmiejąc się pod nosem z mojego zagubienia w meandrach tuzina stref czasowych... Obślizły klekot zwany dalekobieżną marszrutką, o której by nie wyjechał zawsze jest na czas... i wszyscy zadowoleni :) Esencja pogranicza, środek Europy!
Co było dalej, a działo się zaręczam niemało wyduszę z siebie kiedyś przy okazji szerszych dywagacji o Karpatii, po drodze życie dopisze pewnie do tej czy tamtej opowiastki nowe karty.
P.S. III
Wpisy opatrzone wstępem "Lodowy.pl poleca" bedą co czas jakiś wypływać między aktualnościami na stronie.
Subiektywizm prezentowanych recenzji niech będzie dla Czytelnika szanownego zastrzeżeniem równie oczywistym co wolny związek przedmiotu, o jakim owe rozprawki traktują, z przewodnią tematyką strony, wszelką chronologią
czy wartościującymi klasyfikacjami fukncjonującymi gdziekolwiek w przestrzeni słowa pisanego.
komentarze: dodaj

Biesy spod Czerteży chcą spać... Marcowe śladówki w Bieszczadach.

2012-03-09
Wszystkim chyba ulżyło. Arktyczny luty przeszedł do historii! Początek marca to pierwszy powiew wiosny na bezśnieżnych już nizinach, gdy tymczasem za Leskiem i Ustrzykami przywitał mnie niemal nienaruszony ostatnimi odwilżami zimowy krajobraz. Góry, doliny, lasy i połoniny... wszystko wokół w głębokim uśpieniu pogrążone, kontrast niesamowity!
Idylla nowej Koliby na Przysłupie, zachód słońca na Caryńskiej z tatrzańską zjawą na koniec dnia... Bacówka po latach znowu cała dla mnie i lodowy świat targanych wiatrem Rawek z mroźnym biwakiem na Przełęczy pod Czerteżą... śnieżną aleją, wilczym tropem ku Rabiej Skale... telegraficznie streszczając marcowy wyskok na śladówkach w Bieszczady. Trzy dni to zdecydowanie za mało, by zaspokoić tęsknotę do miejsc, w które nie wiedzieć czemu tak rzadko zaglądam, za krótko, by dawny plan-marzenie zimowej tury granicznym grzbietem od Rawki aż po - istniejący być może już tylko w mojej wyobraźni - "Koniec świata" w Łupkowie, który wyznaczał też szkic tego wyjazdu mógł się wreszcie zrealizować, ale te trzy, szybkie dni wystarczyły, by móc na nowo zawyć z zachwytu nad tą niezmiennie niepowtarzalną przestrzenią bukowej puszczy okraszonej dziewiczą bielą połonin.
Ze stalowo-bladosiwym od trzaskającego mrozu porankiem w bukowym anturażu siodła pod Czerteżą dość ekspresowo wytoczyłem się z szałasu, którego "przytulność" okazała się złudzeniem równym ciepłu jakie miały do zaoferowania fatałachy, które zabrałem ze sobą na okoliczność biwaków "gdzie popadnie" zimową porą. Temperatura gryzła półdupki za przeproszeniem... Mając na uwadze nadchodzące niebawem lapońskie survivale dałem tym razem wygrać myśli pragmatycznej nad zapraszającym, promieniejącym w słońcu horyzontem niekończących się gór na Zachodzie. Po biesiadnym śnieżnym czaju na Rabiej Skale odbiłem w prawo, na północ ku Paportnej. Powykręcane okiścią młode buczki łapały co chwila za kołnierz, zarys ścieżki, którą ostatni raz biegłem... po maturze, w lipcu 2000 roku z czasem odnalazłem za sprawą zawianego śladu skutera, być może tego samego, który uratował mnie dnia poprzedniego przed utonięciem w śniegach za Kremenarosem. Dzień ścielił się piękny na polanach i w koronach drzew leśnych zboczy Jawornika, którymi człapałem w dół ku Wetlinie. Sielanka takich z pozoru monotonnych acz błogich chwil, zwłaszcza wtedy, gdy wracam w doliny przeważnie powoduje u mnie odpał stanów euforycznych... i nie inaczej było tym razem hehhh, no ale jak już sfiksować to tylko na łonie natury :) Wetlinę... jej porozrzucane domostwa, resztki nasypu wąskotorówki, wyraźnie posezonowy sklep bez asortymentu za to z genialnie zakapiorską wkładką w postaci dwóch lokalnych biznesmenów przypominających jako żywo nieodżałowany duet ZZ Top(pamięta ich jeszcze ktoś!?) i przystanek PKS noszący wyraźne znamiona mniej i bardziej dawnych suuutych brewerii, które stawiam nie zdążą się zabliźnić do lipcowego najazdu letników... tą Wetlinę z całym jej słodkim, westernowym chaosem tkwiącą w zaspach zimowego półsnu zastałem owego pięknego, dnia trzeciego. Wbrew plotkom rozsiewanym przez pewnych purytan... "Niewiele się tutaj zmieniło od ostatniego razu!" - podskoczyłem z radości... mając jeszcze na podniebieniu resztki degustacji niesławnych, zimowych "delikatesów" burdelowatego Podhala. Browar z mlekiem, ostatni autosan bez wpadki tylko dla mnie i cała gorejąca złocistą poświatą zachodzącego słońca górska kraina zza szyby... Zima skończyła się za Baligrodem.
Słodkich snów Biesiska kochane! Obyś zawsze nucił tą samą ciszę Lesie spod Czerteży...
komentarze: dodaj

Na zimowe wieczory... Beniowski "Awanturnik nieśmiertelny"

2012-02-07
"Za panowania króla Stanisława
Mieszkał ubogi szlachcic na Podolu;
Wysoko potem go wyniosła sława"
Iście panegiryczną strofą rozpoczyna wieszcz Słowacki swoją romantyczną pieśń o bohaterze nie tylko na owe całkiem już dawne czasy zupełnie niezwyczajnym...
Druga połowa XVIII stulecia. Europa w konwulsjach wojen i rewolucji, bezkompromisowy dryl absolutyzmu sprzęga się w krwawym zwarciu z anarchicznym młodym duchem liberalizmu i republikanizmu. Gaśnie stara Rzeczpospolita, daleko za oceanem wybucha Nowa Ameryka, daleko... Daleko od światowego zgiełku epokowych wydarzeń, w cieniu sielskich Małych Karpat okolic ówczesnego Nagyszombat, czyli dzisiejszej słowackiej Trnavy dorasta sobie młody węgierski szlachetka Móric Benyovszky... ordynarny żywot zakompleksionego prowincjusza pośród sennej nudy zapadłej dziury zapomnianych rubieży cesarstwa gwarantowany - zawyrokowałby pewnie jakiś zrzędliwy sąsiad z domu obok i... jak bardzo by się pomylił! Pisanym w gwiazdach zamysłem linia życia kulawego chłopaczyny z Verbó stanie się wkrótce najwdzięczniejszym tematem prac dociekliwych biografów i powieściopisarzy. Maurycy Beniowski - podający się za Polaka Węgier i pewnie trochę też Słowak... żołnierz, awanturnik, dyplomata, podróżnik i długo by jeszcze wymieniać i łatwo by się w tym wymienianiu pogubić... Burzliwa historia jego losów wpisuje się w kanwę toczącego się koła historii z wojowaniem u boku konfederatów barskich, przez syberyjskie zesłanie i brawurową, pełną przygód ucieczkę z Kamczatki przez przestrzeń nieznanych jego współczesnym mórz ku Europie, ku Francji i wytęsknionym ojczystym stronom, dla miłości zaginionej, rodziny i dalej ku wymarzonej karierze na najdostojniejszych dworach i jej apogeum będącym jego wielkim upadkiem zarazem jako bagatela...Król Madagaskaru! Napędzana najgorętszą ludzką namiętnością tworzenia w imię nieskończonej próżności bycia sławnym i bogatym, bycia kimś opowieść, ba cała saga pełnych niesamowitości osiągnięć przeplatana tysiącem najbezczelniejszych łgarstw i wyolbrzymień i to wszystko z dumnie powiewającą banderą najszczytniejszych humanistycznych idei na maszcie. Pasjonujące pomieszanie z poplątaniem i by rzec po dzisiejszemu - gotowy scenariusz filmowy! nieprawdaż? Owszem, pod warunkiem, że opowiadający losy naszego bohatera nie zagubi się w tym gąszczu prawdy i fikcji, jak również zachowa należyty dystans w ferowaniu jednoznacznych ocen tej bez wątpienia nietuzinkowej postaci. Błędów tych niestety nie ustrzegło się większość autorów kreślących dzieje Beniowskiego na przestrzeni dwóch stuleci popadając zbyt często w nazbyt skrajne wyroki jego poczynań: od peanów na cześć ze strony lubujących się w fantasmagoriach po druzgocące paszkwile szczególnie mu z przeróżnych powodów niechętnych...
Nie obawiaj się drogi czytający tą przydługawą dygresję, że jeśli do tejże linijki tekstu dotrwałeś to zostawię Cię wobec tak mało pociągającego wyboru. Otóż... pomijając lirykę Słowackiego istnieje naprawdę dobry kawałek słowa pisanego o Beniowskim i jego dziejach niezwykłych, który wpadł mi w ręce przypadkiem dni temu kilka. Żaden tam biały kruk. "Awanturnik nieśmiertelny" autorstwa Janusza Roszko - nieżyjącego już niestety, wybitnego reportażysty rodem ze Lwowa to w moim odczuciu biograficzne dzieło kompletne, z absolutnie imponująco skrupulatnym studium materiałów źródłowych podanym w sposób przystępny i potęgujący fascynację historią bohatera w toku nieprzerwanie wartkiej akcji. Autor z pasją i swobodą odnajduje się w często wielokroć przekłamanych zawiłościach życiorysu Beniowskiego zachowując od początku do końca krytyczne acz nie pozbawione poczucia adekwatnego do opisywanych okoliczności kpiarskiego humoru i często rozgrzeszającej sympatii spojrzenie na postać Maurycego Obieżyświata. Wielka ucieczka, wielka podróż, wielka przygoda raz jeszcze - "Awanturnik nieśmiertelny" - czytadło palce lizać dla wyobraźni szukającej wrażeń pośród przykrzących się pewnie już niektórym długich, mroźnych wieczorów. Kniżka wydana w 1989 r. dziś już biblioteczna lub do dostania w sieci prawie za grosze, raczej łatwa do zdobycia. Całym swym uzurpatorskim, nigdzie nie potwierdzonym autorytetem recenzenta amatora rekomenduję... "Niech się prawda śmieje!"
komentarze: dodaj

Zawiało, zasypało. Oto ZIMA!

2012-01-24
Długo oczekiwana, z utęsknieniem wyglądana... co bardziej niecierpliwi zaczęli już wątpić w naturalne następstwo pó roku. Na dobrą sprawę to i ja nie zastałem jej niedawno na Północy Dalekiej, gdzie jak gdzie, ale to właśnie tam listopadową porą najsampierw winna manifestować swoje nadejście zniewalając tajgę śniegiem i mrozem. Nic z tych rzeczy. W grudniowych Pieninach też ledwo udawała, że jest... ZIMAAAAA !!! Nareszcie... połowa stycznia wybiła. Zima! Z impetem godnym żywiołu zmiotła z widoku panoszący się od kilku, długich miesięcy, coraz bardziej ponury, przesiąknięty stęchlizną kupy walających się spadłych liści, błotnisto-mglisty świat przywracając właściwe porządkowi rzeczy reguły życia w uśpionych bielą górach i dolinach, gdzie też w tych to dniach ku mej nieskrywanej radości, na powrót po latach podmokłego, wyspiarskiego bumelanctwa bywam, odzyskując niemal zapomniany już smak śniegu i niegdysiejszego nałogu, wydobytych wreszcie z kurzów zza szafy narciarskich desek... i tak aż do zachłyśnięcia się!
Raz jestem, raz mnie nie ma, podejrzewam więc, że regularność korespondencji złożona na ołtarzu zimowej utraty głowy może odrobinę ucierpieć, ale ślubuję wszystko nadrobić jak... jak wrócę...
Na dziś załączam parę obrazków z nielicznych, trafionych okien pogodowych pośród prawie nieprzerwanej w ostatnich dniach zamieci na oddychającym w końcu oboma narciarskimi płucami kotłów Kasprowym i pogrążonej w zaspach Hali. Do usłyszenia niebawem!
komentarze: dodaj
imię: Tomek
2012-02-05 19:11
Taaa, tylko pogoda coś nie w ten deseń ostatnio, alternatywnie: lampa w sprzężeniu z 20oma czy 30oma kreskami na minusie albo zadyma przy -15 to jakieś horrendum, ale... jeszcze będzie normalnie heh, pzdr.
imię: Hirek
2012-02-02 11:53
Ładny tekst

Nad Roku cichym przełomem.

więcej...
2011-12-23
Koniec roku, woal mgieł spowija górską krainę latającego mnicha Trzech Koron. Przedświąteczna, zimowa pustka,
szept dunajeckich bystrzy i spokój oczekiwania nowego...
Najlepsze życzenia,
Atmosfery wspaniałego, wesołego świętowania Bożego Narodzenia
i spełnienia osobistych oraz górskich marzeń w nadchodzącym Nowym Roku 2012,
Wszystkim Wam, Gościom Miłym Lodowy.pl, których jakakolwiek pozytywna intencja
przywiodła tutaj wirtualną ścieżką do mnie, na tą nową górską ubocz w sieci.
Tomek
komentarze: dodaj

Listopadową porą w Tatrach. Do Zielonego Stawu.

więcej...
2011-12-02
Dawno mnie tutaj nie było. Sześć miesięcy bez Tatr, bo tyle czasu upłynęło od wiosennego kolebowania nad Cichą to dla kogoś, kto każdego dnia myślami drepcze ścieżkami Białej Wody czy Jaworowej bardzo długo. Trasa niby banalna, od Kotlin leśnym trawersem ponad Siedmioma Źródłami przez nieczynną Szarotkę, zalaną słońcem Pastwę(nie zawsze tak było heh!) ku emanującym zawsze ciszą i spokojem, a wyjątkowo tego dnia "rozgadanym" pękającym lodem Białym stawom
i dalej na wieczór nad skryty w głębokim, zimnym cieniu wielkich gór Zielony Staw, którego otoczenie było niegdyś dla odkrywającego te miejsca po raz pierwszy 15-latka pierwszą, wielką miłością tatrzańską. Taki to minipowrót do przeszłości, sama frajda, no i cały "belle vue" hotel tylko dla mnie...
Ostatnie chwile listopada w Tatrach to kontynuacja niekończącej się jesieni, fantastycznie słonecznej i malowniczo mglistej. Ciszę i bezruch wypłowiałych rudych, czekających już pierwszego, prawdziwego śniegu podgraniowych upłazów przerywają wędrujące jeden za drugim kierdle kozic korzystające z dobrodziejstw natury przed niechybnym nadejściem gorszych czasów. Pełna wspaniałości, sielska sceneria Koperszadów. Nie chcę nigdzie schodzić, dopiero przeszywający, popołudniowy, zachodni wiatr popycha mnie w dolinę. Przezorne kozły bacznie lustrują każdy mój ruch z wysoka, czekając kiedy oddale się na niestresujący dla nich dystans. Na granicy słońca
i cienia zanurzam się w las, który niemal dokładnie co do dnia, pięć lat później, opowiada historię pamiętnej, całonocnej ucieczki spod Hawrania. Jazgot i bulgot resztek wody uwięzionych w jednostajnej rzece lodu, w jaką zamienił się już tutejszy potok towarzyszy dalszej drodze. Na Gałajdówce ze starego przyzwyczajenia zataczam "partyzancką pętlę" aż pod okna leśniczówki, a o zmierzchu melduję się w Jaworzynie, gdzie na pożegnanie dnia udaje mi się po raz pierwszy tak skutecznie "skraść" kilka widoków nie byle jakich, widoków-okładek sennych projekcji wyobraźni przez ostatnie lata bycia daleko stąd. Do następnego, pewnie zimowego już razu!
komentarze: dodaj

"Jak statki na niebie..." Tatry wiatrem malowane.

więcej...
2011-12-01
Dzień wstał piękny, słoneczny i jak cały mijający miesiąc chłodny raczej umiarkowanie. Niedzielne poprawiny roztockiego święta przewodników kończyło tradycyjne ognisko na Rusinowej, po którym całe towarzystwo udało się przez Wiktorówki ku Zazadniej skąd miano rozjechać się dalej do domów. Z moim pomysłem dłuższego pobycia w górach zostałem więc sam i pożegnawszy wszystkich pod leśnym kościółkiem zawróciłem na Rusinową, gdzie właśnie pełen światła dzień wyjątkowo efektownie akcentował swój koniec.
Po gasnącym czerownokrwistą poświatą zachodzącego słońca niebie rozhulały na dobre wiatr pędził całe zastępy niebywale kształtnych chmur w absolutnie dynamicznych układach i równie szybko zmieniającej się barwie. Niespodziane spotkanie ze zjawiskiem Altocumulus lenticularis, bo tak zgrabniej z łaciny brzmi nazwa tych niezywkłych UFO chmur przez polską literaturę fachową określanych mianem "soczewkowatych". Latające nad głową nieziemskie spodki sponad Lodowego i Szerokiej, jaskrawa iluminacja unurzanych w purpurze fantazyjnych "anielskich włosów" wokół Gierlachu, jak i gonitwa świateł i cieni po spłowiałych rudościach upłazów Bielskiej grani zatrzymały mnie - zastygłego w co moment nowej ekwilibrystcznej pozie kurczowego trzymania próbującego odfrunąć z każdym kolejnym porywem statywu - na polanie niemal do zmroku. W zapadających ciemnościach ruszyłem z powrotem do Roztoki zastając ją pustą i cichą wręcz niewiarygodnie... Wychodzi na to, że całkiem przypadkowo miałem tego dnia szczęście znaleźć się we właściwym miejscu o idealnym czasie. Komentowane tutaj "niebiańskie widowisko", zastygłe w kilkudziesięciu wybranych obrazkach tego pleneru obejrzycie zaglądając do nowej tatrzańskiej galerii.
komentarze: dodaj

Z ziemi irlandzkiej do Roztoki. Jak zostawałem przewodnikiem tatrzańskim, akt ostatni.

więcej...
2011-11-30
Jak by nie patrzeć żywot "emigranta z doskoku" określa stan niemal permanentnej tymczasowości. Ta dotyczy zarówno ruchomego miejsca zamieszkania i pracy jak i środowiska znajomych, którzy dzisiaj są, a jutro ich nie ma. Życie na wariackich papierach czy jak kto woli na walizkach to jednak też i pokusa, nęcąca wizja, raz złudna, raz zupełnie realna - bycia sobie panem, niezależności, swobodnej, wolnej od krępujących konwenansów samorealizacji. Ot jakaś tam wyboru sztuka.
Początek mojej kilkuletniej przygody z Wyspą Zieloną przypadł niemal dokładnie w połowie ustalonej harmonogramem wykładów, szkoleń i obozów kursowej drogi zostania przewodnikiem tatrzańskim co nie mogło nie skutkować dosyć poważnym wstrząśnieniem całego przedsięwzięcia i w konsekwencji oczywistym rozwleczeniem się wszystkiego w czasie. Dość powiedzieć, że szczęśliwy dla mnie finał kursu przewodników zainaugurowanego z końcem 2005 roku czytaj pomyślnie zdany ostatni etap egzaminu państwowego i uzyskanie licencji to późny listopad 2009. Symboliczne atrybuty przewodnika tatrzańskiego w postaci odznak i legitymacji dostałem do ręki w jakiejś kopercie dosłownie w biegu na kolejny samolot i całe następne 2 lata musiały minąć, by to moje blachowanie mogło odbyć się z należytym tradycyjnym przytupem. Okazja ku temu nadarzyła się wreszcie w ubiegły weekend podczas corocznej imprezy zakończenia sezonu, że tak to określę "macierzystego" dla mnie Koła przewodników tatrzańskich "Sieczków" z Krakowa. Świętowano jak zwykle w schronisku w Starej Roztoce. Do uroczystego śłubowania przy watrze wobec licznie zgromadzonego "branżowego" audytorium przystąpiło czterech świeżo upieczonych przewodników i jeden spadochroniarz w mojej osobie. A potem... szumiał białczański las i szumiało w głowach do białego rana... Przewidziane i nieprzewidziane programem punkty imprezy wypełniły nam ten cały, ostatni listopadowy weekend w Tatrach, a szczegółowa relacja z roztockich wydarzeń do przeczytania na witrynie Koła.
Kolegom z Koła Sieczków za pozytywne przyjęcie po latach serdeczne dzięki.
komentarze: dodaj

Koszmar odnaleziony. Historia w obrazku zaklęta. 5 lat minęło.

więcej...
2011-11-30
Wczoraj znowu byłem tam, w Koperszadach. Okolicznościowo, jako że właśnie dzisiaj mija równe 5 lat od wspominanych wydarzeń, wpis czerwcowy odnawiam...
Komu z nas nie zdarzało się śnić na jawie? Sama przyjemność. Nieco gorzej, gdy jawa okazuje się i owszem być snem, lecz bynajmniej nie tym wymarzonym. Kiedy coś przed czym zawsze cierpła ci skóra bądź po czym budziłeś się zlany zimnym potem ciesząc się, że żyjesz okazuje się nie być wcale oglądaną zza szyby senną marą, a nieubłaganie uwierającą realnością... Kiedy jedna część mózgu wrzuca piąty bieg w walce o przetrwanie, a druga wciąż się łudzi próbując ujarzmić tą dobrze znaną niby iluzję. Daremnie...
Przekopując się ostatnio przez dość pokaźny stos tatrzańskich odbitek z "dawnych lat" pod rękę wpadło mi zdjęcie, którego nie podejrzewałem już nawet o istnienie. Widok ostatni i zarazem epilog pamiętnego koszmaru niekończącej się listopadowej nocy pod Hawraniem, tej samej karkołomnej przygody, o której opowieści chyba już każdy z moich znajomych miał okazję kiedyś wysłuchać...
O spadających rakach nad zalodzonym progiem czarnej czeluści, pijanym slalomie między zdumionymi kozicami w srebrnej poświacie księżyca, lawinowym antrakcie salwą spod Nowego i całonocnej wędrówce po omacku, co krok zasypiając na stojąco w letnich łachach w wietrznej lodowatej mżawce... ku górze, ku grani, która gdzieś tam musi przecież być, ku wątłej obietnicy bezpiecznego wyjścia z tej iście szklanej pułapki. O wodzie płynącej jak gdyby nigdy nic ...pod górę i jeszcze paru innych ciekawostkach tego szaleństwa z głupoty narodzonego, happyendem zakończonego. Jak pamiętam to po wspominanych tu ekscesach nie próbowałem nawet patrzeć
w stronę Tatr ładne miesiące, a i niedługo potem po raz pierwszy wywiało mnie do Irlandii... Bajdurzenie pewnie i osobnej powiastki warte, a fotowspomnienie wczoraj odnalezione, zeskanowane dzisiaj do tejże notki załączam. BEZPIECZNYCH WAKACJI W GÓRACH Wszystkim ! ;)))))) Wypijmy za błędy !
komentarze: dodaj

Tajga mistyczna. Laponia fińska 2011

więcej...
2011-11-18
I właśnie wtedy, gdy dryfująca w ustawicznych porywach wiatru ponad lasami mgła zaczyna kręcić się wokół czubków drzew to rzednąc to gęstniejąc, a zawieszone zawsze tak nisko tutaj złocisto-krwiste słońce dołącza się do tego tańca światła
i cienia jest najwspanialej...
Tajga, wielki las północnego bezkresu Ziemi, by tylko wspomnieć, że w Eurazji rozciąga się na długośc 9000 km(!) z zachodu na wschód, od półwyspu Skandynawskiego do Oceanu Spokojnego. Tajga chyba każdemu kto do niej trafia na własne życzenie jawi się jako książkowa legenda, tajemnicza kraina dziecięcej fantazji i poszukiwania przygody. Dwa listopadowe tygodnie spędzone w objęciach niekończących się lasów Dalekiej Północy to zdecydowanie za mało, by taki mit tajgi odrzeć z nimbu majestatycznej tajemnicy, ale też wystarczająco długo, by przy sprzyjających warunkach, ciągłym ruchu i całkowitej otwartości na to co przyniesie los każdego kolejnego poranka czy wieczoru móc poznać i popodziwiać najrozmaitsze twarze arktycznej kniei, której sceneria każdego dnia w innym miejscu to nowe, fascynujące odkrycie i doznanie estetyczne, czy w pewnych szczególnych okolicznościach wręcz mistyczne aż do drzeszczy biegających po plecach, kiedy stajesz jak wryty, a fioletowe od mrozu dłonie chwytają za aparat nie czując żadnego zimna razem z całym ciałem i duszą pozostając w amoku admiracji kolorowego kalejdoskopu zdarzeń na styku nieba z ziemią.
I tym wszystkim chwilom znad zimowego Tuiskojoki i Luirojärvi, z ciemnych smreczyn ścieżki ku Hammaskuru, mrocznych uroczysk i bagien Jaurujoki i tundry okolic Keskipakat czy szarpanych wiatrem skalnych ostańców zboczy Korvatunturi i Kivipää, zorzom zmierzchu i poranka, tajdze lapońskiej, tajdze mistycznej, dotykalnej legendzie
i temu wszystkiemu czym mnie w ostatnich dniach obdarowała, galerię tą poświęcam. Zmęczonych miastem zapraszam.
komentarze: dodaj

Cisza stumilowego lasu. Wędrówki lapońskie. Saariselkä - Korvatunturi - Kemihaara i dalej.

więcej...
2011-11-17
Listopad. Świat za oknem chyli się ku upadkowi, hordy gawronów na powrót po śmietnikowej uczcie zasrywają straszące burą golizną, bezlistne, emanujące stęchlizną parki. Jak nie piździ to mgła albo sobotni smród palonych gumofilców i innego badziewia dochodzący z emeryckich działeczek umila życie. Pierwsze choinki w supermarketach, sam rarytas. Pozdrowiwszy wszystkich zmarłych, w oczekiwaniu inwazji przedzimowej paciary jeszcze bardziej szary niż zwykle obywatel może spokojnie oddać się zbieraniu zapasów tłuszczu na zimę srogą, zimę złą i nie zaburzając nawet raz obranej pozycji fotelowego pierdziciela dać wreszcie upust wszelakim depresjom. Czas przecież ku temu idealny i niewiele brakło przyznam się, bym
w posezonowym letargu zaakceptował taki stan rzeczy... Szcześliwie wyśnione niegdyś tęsknoty zwykle nie dają mi spokojnie zmrużyć oka, odporne na upływ czasu i ewoluujące okoliczności gryzą sumienie dobijając się o szacunek dla raz zrodzonych marzeń.
O genezie pomysłu powrotu na Daleką Północ jeszcze będzie czas i miejsce wspomnieć, fakt faktem słoneczne Bałkany były już tylko wspomnieniem, a listopadowa martwota właśnie zapukała do drzwi, gdy dzwonek w tym roku ostatni zadzwonił nad wyraz donośnie budząc zew poszukiwań wędrówki idealnej, no po prostu nie wybaczyłbym sobie... I wróciłem, właśnie teraz na przeciw ptakom dającym dyla na Południe.
Październikowego dnia ostatniego pojawiłem się w sprawiającej wrażenie zupełnie opustoszałej, lapońskiej Saariselce, jakieś 300 km na północ za kołem polarnym, by na
2 tygodnie skryć się w ostępach tajgi, która w tej częśći planety otwiera i zamyka każdy horyzont, stanowiąc treść wszystkiego co żywe i martwe na ziemi i w powietrzu. Dziewiątego dnia wędrówki przez wszystkie nieciepłe pory roku, tajgotundrą i odwieczną knieją, brodem płytkim i głębokim, przez bagna i moczary, grzbietem i płajem via owiewane arktycznym chłodem wzgórza ponad szklącą się taflą wielkich jezior, dolinami rzek i rzeczek meandrujących bez końca w zielono-brunatno-rudym niekiedy przyprószonym świeżą bielą krajobrazie jedynie boskiego zamysłu, na który nikt przez tysiąc lat nie odważył się podnieść ręki, ścieżką i na przełaj azymutem południowo-wschodnim, siedmiomilowymi skokami od jednej chatki do następnej, jedynego ciepłego przytuliska w sercu pierwotnej borealnej puszczy, w ciszy bezludzia i dziczy z asystą wszędobylskich reniferów i lemingów, z całym domem na barkach, fartem na karku i pechem rozbitej lewej stopy, owego dziewiątego dnia, na 112 kilometrze marszu, nie napotkawszy na swojej drodze żywego ducha, docierając na linię granicy fińsko-rosyjskiej osiągnąłem jego symboliczny, główny cel - wzgórze Korvatunturi, sławne legendą miejsce posiadówy Świętego Mikołaja i bandy jego elfów, Górę Ucho co życzeń tych mniej i bardziej grzecznych wyrostków słucha... Moje wołania o choćby skrawek, namiastkę, krótką chwilę aurory na niebie przeszły niestety bez echa, ale może mój hedonizm obraził brodatego decydenta?
Pośród dalszych perypetii i prezentów losu, historia tego jednego jedynego spotkania z człowiekiem księżycowej nocy nad Vierihaarą wysuwa się na plan pierwszy. Przyjacielska pomoc, dzięki której zdołałem sensacyjnie gładko, jednym wielkim susem wydostać się z bezkresu leśnego pustkowia ku uroczyskom, z których wystartowałem i dzięki czemu byłem w stanie na czas zameldować się na powrotny samolot z Ivalo. Fantastyczne doświadczenie w absolutnie niezwykłym kraju, o którym pełna opowieść wkrótce pojawi się i tu na stronie. Póki co Oczy ciekawskie zimnych krain zapraszam do galerii zdjęć.
komentarze: dodaj
imię: Tomek
2012-01-27 19:32
Hi Michael! How great to hear that message of the haunted house on the lake where one, tiny mouse invaded me all night long :))) Lucky you to operate in UKK for half a year, that will surely be a wonderful experience! Following your blog just now and coming back to Finnish taiga - Lemmenjoki wilderness this time - in March, simply can't wait... Best greets from Subcarpathia to Lappish dreamland!
imię: Rautulampi
2012-01-26 14:54
Hello, my name is Mickaël I am trainee Urho Kekkonen National Park until july. I saw today your message in the cabins Rauntulampi. http://stageenlaponie.blogspot.com/

Na poszukiwanie ...Tatr

więcej...
2011-10-19
Lotem błyskawicy zwykło się określać tempo w jakim rozchodzi się plotka w towarzystwie, nie inaczej jak się okazuje rzecz się ma z rewelacjami internetowymi zwłaszcza tak intrygującymi jak prawdopodobny widok ośnieżonych Tatr z zielonych wzgórz ponad Rzeszowem, które zresztą od zawsze widzę od siebie z okna. Wiadomość taka, potwierdzona niby nawet dość efektownym zdjęciem pojawiła się wczoraj na portalu lokalnych ''Nowin'', co ściągnęło na punkty widokowe wokół miasta, późnym, wyjątkowo znowu pogodnym popołudniem pokaźną gromadkę ciekawskich. I ja tam byłem. Zawsze to jakaś frajda przejść się z Matysówki pod "przekaźnik" jak za dawnych lat, wychylić piwko, widoczki popodziwiać i wszystko ładnie, pięknie, ale jak bardzo chciałem uwierzyć i zobaczyć szczyty Tatr sponad Rzeszowa tak przyznaję niewiernemu Tomaszowi jakby gał nie wytrzeszczał, wiatr w ślepia do tego stopnia, że nawet oczami wyobraźni ni skrawka ni tyci tyci ząbka tatropodobnej turniczki nie udało się wypatrzeć.
Były za to genialne: sceneria zachodu słońca i atmosfera spotkania ludzi ciekawych, spragnionych czegoś naprawdę niecodziennego.
Jeszcze jeden raz potwierdziło się, że szczera intencja plus odrobina chęci w banalnych wydawać by się mogło okolicznościach rodzą zupełnie niezwykłe sytuacje...
P.S.
W temacie Gór Najpiękniejszych oglądanych z większej niż mniejszej oddali odżywają wspomnienia jesiennych wypadów na tą jedyną taką ławkę marzenie z widokiem
na Lodowy ponad Cmentarzem Salwatorskim pod Kopcem Kościuszki za studenckich czasów w Krakowie czy fatamorgany tatrzańskie wypatrywane z okien rozpędzającego się pociągu między wiejską stacyjką a Dunajcem w Bogumiłowicach za Tarnowem. Ostatni raz taki widok korony szczytów Tatr, z odległości powiedzmy dość niezwyczajnej przytrafił mi się jak mnie pamięć nie zawodzi pewnego supermroźnego, styczniowego wieczoru, zimą 2009 roku tuż pod wierzchołkiem Tarnicy w Bieszczadach,
co skostniałymi i trzęsącymi się z wprost gryzącego zimna dłońmi udało mi się nawet uwiecznić, co prawda bez efekciarskiego zoomu, ale JEST znaczy są.
komentarze: dodaj

Korona Scokistej

więcej...
2011-10-16
Są w górach takie miejsca i takie widoki malowane geniuszem natury, do których nie potrzeba czy wręcz nie wypada nic dopowiadać w chwili zachwytu pierwszego wrażenia. W trakcie wrześniowego trawersu Przeklętych mijaliśmy tuziny takich miejsc, stając w ich tle zgięci w pół w wietrznych przeciągach wysokich przełęczy, maszerując ku wnętrzom najefektowniejszych panoram labiryntu masywów, za którymi często zupełnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, wstając wreszcie chłodnym porankiem po biwakach "gdzie popadło" i gdzie oczy i wyobraźnię budziła kurtyna poszarpanych grani skąpanych purpurą wschodzącego słońca ponad morzem ciągle zielonych, rozbrzmiewających tajemnymi pohukiwaniami lasów...
"Korona Scokistej" - fotografia obok, to widok turni masywu Scokistej/Alb: Maja Scokistes/(2396) oglądanych znad brzegów zupełnie wyschniętego o tej porze roku Jeziora Ropojańskiego, w punkcie granicznym Czarnogóry i Albanii u południowego krańca i zamknięcia doliny Ropojana.
Co z pewnością warte odnotowania w tym miejscu, dziewicze urwiska niebotycznych turni po lewej stronie kadru pokonywał z sukcesem w ubiegłym roku zespół polskich wspinaczy, o czym można poczytać TUTAJ. W tym tygodniu natomiast ''Korona Scokistej''/oryg.''The crown of Scokista''/ przyozdabia główna stronę portalu Summitpost.org jako foto tygodnia za sprawą waszych głosów, za które wielkie dzięki!
komentarze: dodaj

Koniec lata na katunach. Echa Gór Przeklętych. - Prokletije/Bjeshkët e Nemuna 2011

więcej...
2011-10-16
Słowo się rzekło, los przyfarcił, trzecia wizyta w przeciągu roku w Przeklętych stała się faktem. Wizyta nie byle jaka,
ale wyjątkowo udana pod kątem okoliczności pogodowych, logistycznych, no i rzecz najważniejsza tych niespodziewanych, a zapadających w pamięć najgłebiej przygodowych. A było to tak...
Lot z Dublina do Podgoricy był moim "farewell to Ireland" raczej na dłużej niż krócej, przesiadka w Budapeszcie przebiegła wyjątkowo gładko. Z Marcinem, który do umówionego miejsca spotkania na czarnogórskim wybrzeżu podróżował na przeróżne sposoby lądem dwa dni z Rzeszowa, zeszliśmy się wieczorem w czwartek 22 września w Sutomore.
Nad słonecznym Adriatykiem zabawiliśmy do soboty z czego godnymi wspomnienia poza zwyczajowymi nadmorskimi atrakcjami były premierowe biwaki, gdzie na pierwszym o mało nas nie zwiało z klifów do morza, a przy okazji zaatakowały mrówki giganty plus sfora psów o poranku, drugi natomiast, który przypadł wprost na wielkiej nie tylko z nazwy plaży w Ulcinj tuż za rozpieprzonym, postgierkowskim czy posttitowskim hotelem widmo po zupełnie rozrywkowym, lekko zakrapianym wstępie zamienił się w bezsenny koszmar nieustającej i przegranej niestety batalii z jakimś komarzym planktonem, za sprawą którego
w wieku lat 30 dorobiłem się niezmywalnego trądziku...
Tak to się zaczynało, a konkret przyszedł późnym popołudniem w sobotę, kiedy to zawitaliśmy do znajomo rozwrzeszczanego Gusinje. Cevapi w Mimozie na przełamanie złej passy tym razem mnie nie znokautowało, zakupy, internet, po kielichu raki w przydymionej kafanie i w drogę ku ciemnej dolinie...
Poranek dnia pierwszego w Przeklętych, na tej samej łące co dokładnie rok wcześniej u wrót Ropojany tuż ponad Vusanje przywitał nas mgłą, która następnie w zupełnie podobnym widowisku jak podczas naszej pierwszej wizyty tutaj, fantastycznie ustąpiła miejsca pogodzie o jakiej na Wyspie Zielonej zwykle mogłem tylko pomarzyć.
Słońce towarzyszyło naszym leniwym krokom przez całą długość Ropojany, w której zaliczyliśmy długi popas nad fenomenalnie turkusowym Okiem Skakavicy, daliśmy się spisać znudzonym ciężką, niedzielną służbą pogranicznikom, by po kolejnym leżakowaniu w cieniu sosenek nad jeziorem, którego nie ma i w genialnej scenerii skalnych mnichów Karanfili zdecydować, że jednak mimo braku chęci, a wobec dokuczliwego braku wody przechodzimy na wieczór na stronę albańską w poszukiwaniu
tej ostatniej. Ponad niewysokim progiem wkroczyliśmy na przestronne, soczyste polany, widok zwyczajny może w Karpatach, ale nie tutaj. Rychło też ścieżka i dalekie echo szczekających psów doprowadziły nas do ukrytych za najeżonym skałkami garbem szałasów, na katun hali, doliny Buni i Runices. W nomenklaturze górali bałkańskich "katunami" zwykło się określać letnie obozowiska pasterzy, miejsca wybrane nieprzypadkowo, dogodne, do których stada powracają po całodziennym wypasie na wieczór, gdzie cały zwierzęcy przybytek jest koszarowany, gdzie ma miejsce udój, gdzie co najważniejsze jest stałe źródło wody... c.d.niebawem.
komentarze: dodaj

"Wieczorne spektakle ponad Ordesą" numerem jeden!

więcej...
2011-09-19
Miła niespodzianka prosto z Summitpost.org. Jedna z ostatnich "pirenejskich pocztówek" na tyle spodobała się użytkownikom tego największego górskiego portalu, by zostać wybraną ich głosami Zdjęciem Tygodnia w cyklicznym plebiscycie. Wielkie dzięki za Wasze głosy i zainteresowanie!
wieczorową porą 1 września w długim zejściu ze szczytu Monte Perdido przez Lago Helado i dalej do Refugio Goriz
w Pirenejach Aragonii, z okolic skalnych progów jakąś godzinę drogi ponad tym ostatnim. Festiwal świateł ponad rozpościerającym się poniżej łukiem Kanionu Ordesy i morzem szczytów zamykających horyzont na zachodzie, gdzieś ponad doliną Bujaruelo wynagrodził całkowite "mleko" z wierzchołka Perdido i... wpędził mnie w pewne tarapaty akurat wyjątkowo
karkołomnej drogi powrotnej przez czarną noc ku światłom schroniska.
Wobec takiego geniuszu scenerii chwili pośpiech był ostatnią rzeczą, którą zaprzątałbym sobie głowę...
Ten i wiele więcej widoków wrześniowych Pirenejów znajdziecie w dziale GALERIE oraz ALBUMIE na Summitpost.org. Zapraszam!
komentarze: dodaj

Podziękowania

Serdecznie dziękuję za współpracę w tworzeniu strony:
Wojtkowi Kościelniakowi /nethium.pl/, Larremu Carreau, Ericowi Visentin, Radu Paltineanu, Ericowi Chumachenco, Tomasowi Kristofory, Peterowi Budai,
Artjomowi Romanowowi, Roberto Guasco, Tizianie Ciaghi, Lukasowi Zemankowi, Enrique Zozaya, Lolli P., Paulo Roberto Felipe da Silvie, Samerowi Hajricowi,
Vidowi Pogačnikowi to be continued...
© 2011-2012 Tomasz Świst ◊ odwiedzin: 82076 ◊ użytkowników online: 3 ◊ designed by nethium.pl ◊ czas html: 77ms