Przewodnik tatrzański, Tomasz Świst, Home

Witaj na Lodowym,
Po stronie pasji gór
i przygody.
Zapraszam
do wspólnego wędrowania!
Zamów wycieczkę teraz!

Przewodnik tatrzański zaprasza w Tatry, Pieniny i okolice

Kompleksowa obsługa pobytu w górach i opieka przewodnika tatrzańskiego dla grup i turystów indywidualnych.
Wycieczki górskie w Tatry i Pieniny o rozmaitym stopniu trudności oraz tury objazdowe szlakami zabytków
historii i kultury krain podtatrzańskich Polski i Słowacji. Cennik usług. Rabaty dla grup szkolnych. Serdecznie zapraszam!
Tel. +48 603 531 835
komentarze: dodaj
imię: Nikita
2012-03-27 23:43
Gdzież to tym razem wiatr uniósł Cię na swych skrzydłach?

Aktualności

Łukiem Karpat 2014

Przychodzi taki moment w życiu kiedy czujesz jak ostatecznie przebrzmiewają echa planów, marzeń, namiętności, którymi syciła się twoja wyobraźnia i serce radowało za młodych, wcale nie tak odległych czasów... Ni stąd ni zowąd przestaje się chcieć, kierat codzienności narzuca i sankcjonuje zmęczenie i obojętność. Dawne porywy duszy znikają za horyzontem na zawsze, a pojęcie świętej wolności zaczyna konotować z brakiem powagi, wręcz infantylizmem. Akcentowanie braku czasu w niejednym towarzystwie należy do właściwego tonu... do tego nerw ciągłe go biegu na oślep w imię zneutralizowanej moralnie próżności, manii posiadania i pieniądzoróbstwa, najbardziej rozpowszechnionej ułudy spokoju i bezpieczeństwa w tym króciutkim życiu... Nie piszę tego z pozycji jakiegokolwiek autorytetu w kwestii opierania się konwenansom, broń Boże, ale doświadczenie każe mi zwyczajnie zaprotestować przeciwko normalności definiowanej przez osobistą ucieczkę od wolności...
Doświadczenie, które legło u podstaw pomysłu, jaki z czasem wykiełkował do planu, który tutaj opisuję - smutny i brzemienny w skutki epizod z marcowej przeprowadzki, którym to z czystej bezmyślności postawiłem pod znakiem zapytania swój stan zdrowia - pierwszy raz unaoczniło mi jak dalece myliłem się co do własnej niezniszczalności... Wizja, że już nic nie będzie takie jak dawniej, perspektywa fizycznych ograniczeń nie do przeskoczenia choć nieakceptowalna zaczęła przenikać do świadomości młotkując psychikę dokumentnie zwłaszcza, że długie tygodnie nie odczuwałem żadnej poprawy. Kierunek myśli na ten właściwy, pełen nadziei i optymistyczny zaczął się zmieniać jednej, majowej niedzieli w Beskidzie (wspominam o niej w tekście poniżej), gdzie przede wszystkim głowa doznała zupełnie niespodziewanego ukojenia, podsyconego tak czystym bodźcem inspiracji, którego w żaden sposób stojąc w prawdzie nie potrafiłem zakwestionować. Tak strasznie chce mi się tu BYĆ, tak bardzo jestem pewien, że właśnie tego mi teraz potrzeba najbardziej, więc dlaczego nie ? Przekonałeś się jak żałośnie nieśmiesznie wypada całe to programowanie życia wobec prozaicznych, losowych okoliczności, masz czas, więc na co czekasz ? Baaardzo stare marzenie wraca więc na afisz. Serce nie sługa... Daleki Wschód Rosji czy inne Himalaje nie uciekną.
Z początkiem sierpnia podejmę próbę samotnego przejścia całego Łuku Karpat na raz, nieprzerwanym marszem. Przewidywany czas wyprawy to około 100 dni, a dystans do pokonania pieszo pi razy oko 2000-2200 kilometrów. Trasa wędrówki głównym grzbietem Karpat biegła będzie, bez przesadnej dokładności linią wododziału. Start i wejście na szlak: 1 sierpnia z okolic Żelaznej Bramy w dolinie Dunaju koło rumuńskiej Orszowej na granicy z Serbią. Nastepnie Karpaty Południowe z Retezatem i Fogaraszami, Karpaty Zakrętu i Wschodnie z Rodniańskimi i granicznym odcinkiem Marmaroszy zapewne od strony rumuńskiej. Ukraińskie Hryniawy, Czarnohora i dalej na zachód przez Świdowiec i Gorgany po Bieszczady. Polskimi ścieżkami dalej pasmem granicznym przez Beskid Niski po Dolinę Popradu skąd na Słowację: Góry Czerchowskie, Lewockie, Spisz, wreszcie Tatry... i Wysokie i Zachodnie, z autorskim programem i wejściem na Gierlach jeśli tylko październikowa aura pozwoli. Zejście na Orawę, Babia Góra, Pilsko po Worek Raczański i Beskidy Śląsko-Morawski ze skrętem na południe... Białymi i Małymi Karpatami kończąc nad tym samym, modrym Dunajem w Bratysławie około 10 listopada.
Bez cienia wyścigu czy innego ekstremalizmu, wyzwanie wydaje się być wystarczająco ambitnym. Celów wyznaczonych osobiście, dodatkowo uzasadniających sens tak długiej, solowej tułaczki mam pewnie i ze dwa tuziny... ale nie czas o tym. Złamać coraz bardziej obrażającą mój rozum rutynę miejskiego życia, po ubiegłorocznych wojażach od Zatoki Perskiej po kanadyjskie wybrzeże Oceanu Arktycznego wrócić do miejsc ukochanych, w górach, w które wszedłem 20 lat temu
i z których wyjść nie mogę, nie chcę...
Nigdy wcześniej nie podejmowałem tak długotrwałej marszruty... Motywacja, owszem na najwyższym poziomie, ale stan
organizmu po rehabilitacji i dla mnie pozostaje zagadką, poddanemu wielogodzinnemu, wielodniowemu wysiłkowi z dużym
obciążeniem... Bez presji. Mówiąc krótko albo się rozchodzę albo szybko wrócę. Zobaczymy. Trzymajcie kciuki!
Karpaty na Wikipedii z wykazem dotychczasowych przejść Łuku Karpat.
komentarze: dodaj

Na szlaku. Przewodnicka Wiosna 2014.

2014-06-09
Wiosna tradycyjnie już mija mi przewodnicko, owszem nie tak intensywnie jak rok wcześniej, ale nie mniej sympatycznie. Z doliną Dunajca tuzin razy tam i z powrotem przemierzoną, z nokautującym upałem i gonitwą między natrętnymi burzami, co by nikomu włos z głowy nie spadł, a wieczór wypełniały tylko dobre wspomnienia... Wycieczki szkolne w natarciu. W Tatrach znowu ubyło nam lasu i kilka uczęszczanych dolin wygląda dziś jak wielkie pobojowisko i plac budowy, wichury zostawiły swój ślad nawet w pienińskich Homolach. Tak w naszym życiu jak i w naturze nic w miejscu nie stoi i pomimo pewnego estetycznego szoku na widok miejsc tak dobrze znajomych, zmienionych teraz nie do poznania, lekcja pokory wobec potęgi i prawideł przyrody, zwłaszcza dla tych, dla których jest to pierwsze spotkanie z górami: doskonała. więcej...
Ideowo linijek kilka. Sto dziecięcych pytań do... na minutę... zaręczam nie męczy wcale bardziej niż codzienny pejzaż potykającego się o własne nogi miejskiego bezsensu. Wiem, że komuś może ciężko się będzie w tym miejscu nie uśmiechnąć, ale właśnie o ten, nawet pojedynczy błysk oka i rozbudzenie zmysłu ciekawości ku odkrywaniu tajemnic tatrzańskiego świata, sensu wędrówki i współistnienia z dziką przyrodą, jakiejś empatii, krzty odpowiedzialności za to, co wspólne, czemu jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego... o ten bodziec, impuls dla ciekawości świata w jednej czy drugiej dziecięcej głowie, o to w tym przede wszystkim chodzi i choćby nawet miała to być i jedna na tysiąc boża iskra dla rozpalenia przyszłej pasji ...warto.
Serdeczne pozdrowienia dla Wszystkich, z którymi dane mi było ostatni czas w górach spędzać!
Podziękowania obsłudze schroniska nad Morskim Okiem za okazaną życzliwość oraz Staszkowi i Krysi Pawlikowskim
z pensjonatu "Skalnica" w Poroninie za absolutnie wyjątkową gościnność i atmosferę... za każdą wizytą fantastyczny czas.
Miejsce, które każdemu, poszukującemu fajnej przystani na urlop pod Tatrami z serca polecam!
komentarze: dodaj

Pewnego poranka nad Piarżystą.

2014-06-01
Trzy lata temu dokładnie co do dnia słoneczko wzeszło nade mną ...zwiniętym w kłębek na środku ścieżki z kwadrans drogi pod Szpiglasem od strony Moka. Dość nieklasycznie heh... cóż, trawiąc w tamtych czasach życie za trzema morzami miało prawo mi się cnić za Tatrami. Urlopik i kolebowa łazęga z dala od wszystkiego. Nocą trochę nad głową poduło, ale ranek wstał już spokojny z prześlicznym, płonącym różami rumieńcem śniegów pod Cubryną. Zebrałem się szybko do góry, by przycupnąć po zacienionej stronie grani z widokiem na kochane Ciemne Smreczyny. Coś tam na ząb, siedzę i marznę wpatrując się to w otchłań u stóp to w dal, w którą za chwil parę z radością się wtajemniczę... Przyjemny letarg ku mojemu największemu zdumieniu przerywa nagle postać, która wynurza się z zza skalnych załomów zbocza pode mną... więcej...
kto i co tu o tej porze szuka!? Wstaję, spotykamy się wzrokiem z daleka, dość wysoki, szczupły mężczyzna zmierza żwawym krokiem w moją stronę, za chwilę już ściskamy dłonie na powitanie. "Dzień Dobry! Cześć!", "A co z Piarżystej o tej porze sprowadza?" "A miałem tam trochę swoich spraw do załatwienia" "Aaaa to biwaczek, co ?" "Nie..." "A to my się znamy ?" "Ano tak trochę, korespondencyjnie..." Oczywiście, że poznałem go z daleka, bo i kto przypadkowy może się tu i teraz szlajać... Pogadaliśmy chwilę o wspólnych znajomych, by potem rozmowa na przełęczy wysokiej zeszła na różne, raczej dolinne tematy. Na moje nadzieje związane z planowanym powrotem do kraju, górami, przewodnictwem dostałem szczerą i mało zachęcającą recenzję z niekrytym zdziwieniem mojego rozmówcy, że "chce mi się tu wracać", co za fanaberie, nie ? Odpoczął nieco, a raczej wyrównał oddech, bo po tym człowieku nie znać było ni zmęczenia ni wieku, wymieniliśmy jeszcze parę zdań o tym dokąd tego, tak pięknie rozpoczynającego się dnia zmierzamy i pożegnaliśmy się. Siadłem z powrotem na swoim miejscu obserwując w jakim niewiarygodnym tempie mój towarzysz sprzed chwil paru się porusza, jeszcze nie zdążyłem się nigdzie wygramolić, gdy malejący w oddali punkt zniknął za progiem Dolinki za Mnichem i tyle go widziano... Pamiętam, że jeszcze rok temu w czerwcu pokazywałem Go wycieczce jak stał w oknie, na piętrze w Morskim Oku lornetkując teren na ratowniczym dyżurze... dziś już ani tam ani o poranku na tatrzańskiej grani się nie spotkamy.
Władysław "Włodek" Cywiński: taternik, ratownik, przewodnik, pisarz, człowiek wolny i z własnym zdaniem, jedna z najbardziej wyrazistych postaci zakopiańskiego światka i bez wątpienia największy, współczesny znawca Tatr zginął 12 października 2013 roku podczas wspinaczki w masywie Tępej ponad Doliną Złomisk. Tragiczna wiadomość dosięgła mnie pamiętam smsem po zejściu spod Mount Robson w Dolinę Fraser River w dalekiej Kanadzie. Fakt trudny do wyobrażenia i przyjęcia... kolejna wyrwa w krajobrazie Tatr, z którą trzeba się bedzie jakoś pogodzić... Żył jak chciał, zginął robiąc to, co kochał najbardziej. Na zawsze w Tatrach pozostał. Tamtego krótkiego spotkania, owego pięknego, czerwcowego poranka nad Piarżystą wspomnienie.
komentarze: dodaj

Parę chwil w Krainie Łagodności.

2014-05-12
Reperkusje marcowej kontuzji, której dopracowałem się własną i nie tylko własną głupotą okazują się niestety długofalowe. Szlachetne zdrowie ten tylko się dowie, kto cię ...tfu tfu tfu... Nie powiem żeby moja psyche nie kulała z tego powodu... Na odtrutkę od rzeczywistości i wobec niemożności cofnięcia biegu zdarzeń mocno niefortunnych: przejażdżka na południe. Niedziela zwykła, bardziej szarawa niż błękitna, chłodna i nieefektowna... anturaż w sam raz dla całej, tej dziwacznej magii Dukli, kameralności i zadupiowatości pagórowatej okolicy pod Cergową, przez największych romantyków Beskidu Niskiego nawet i "królową" zwaną. U św. Jana na pustelni ostatnio byłem jeszcze z ojcem, pewnie z 10 lat do tyłu. więcej...
Mimo niedzieli i wyczekujących mszalnego tłumu odpustowych straganów... poranny bezruch i słodka cisza jak na zamówienie. Jadę na Mszanę, zabudowania i sklep mogłyby grać w filmie o latach 80tych od zaraz, krowy, krowy, krowy... soczystość zielonych przestrzeni mimo braku słońca po prostu fascynująca... Skręcam na Olchowiec. Szczerze ? Nigdy wcześniej tu nie byłem! Horyzont na wschodzie zamykają chmurne kopy wzniesień gdzieś nad Jaśliskami pewnie, u stóp cudownie zielona, pusta dolina zaklęta wśród niskich leśnych wałów dających schronienie idylli, o której miastowi mogą tylko pomarzyć. Poczucie jakiejś swobody niezmiernej ogarnia człowieka, dobrze... Otoczony gestym lasem toczę się powoli z górki moim blaszanym pudłem, podświadomie nie chcąc burzyć autentyczności widoku za oknem. Olchowiec. Gównażeria wesoło tankuje browary pod jednym z domostw. Z kwadrans ociągam się ze zmianą butów i z całą resztą przepaku, oj trochę przygniotło mnie to wszystko... A pójdę sobie na hmm... graniczne Baranie. Młodzi gdzieś nagle zniknęli, wieś z miejsca jak wymarła.
Dolinka Olchowczyka, cerkiewka i kamienny most doń prowadzący przywołujący od razu irlandzkie wspomnienia, fantastyczne kuriozum pośród kwitnących to tu to tam kępami drzewek owocowych zdradzających cały dramat wcale niedawnej historii tej ziemi, a właściwie jej niegdysiejszych mieszkańców... Kilka gospodarstw i pewnie z naście domków ukrytych po zboczach doliny, w których ktoś widać pokłada nadzieję na azyl od zgiełku codzienności, miejsce tchnie takim spokojem, że wybór wydaje się idealny... Bagnista drożyna po zrywce i maleńka, wystraszona ptaszyna, co z gniazda wypadła w potężnej koleinie dogorywa patrząc tęskno w stronę ludzkiego olbrzyma stojącego jak osłupiały nad nią w bezsilności dysonansowej sytuacji. Ot przyroda, kołowrotek życia i śmierci wzruszająco i banalnie toczy się wszędzie i zawsze tak samo. Zwyczajność, niezwyczajność. Bukowy las otwiera swoje podwoje, parów z szemrzącym na fliszowych kamyczkach potokiem rzeźbi zasłane wciąż głównie zgniłymi, rudymi liśćmi zbocza, wiatr pogrywa w koronach drzew, nikogusieńko. Na śródleśnej młace "pasie się" czarny bociek, karpacka klasyka w najbardziej wytęsknionym wydaniu... Boże, jak mi tego było właśnie teraz potrzeba! Krótkie strome podejście wyprowadza na szczytową polankę Baraniego, słupki, drogowskaz z puszką szczytową i pełną radosnych wpisów książką wejść. Do tego palenisko i wieńcząca wszystko wieża widokowa, z której łapię już ostatki panoramy tonącej w gonionych porywami wiatru mgłach. Rześko, świeżo, swobodnie, byłoby więcej niż miło tu pobiwakować myślę sobie, na chwilę odpływam tam, gdzie trzeba. Kroków kilka i spoglądam w prawo, tam gdzie graniczna ścieżka znika za kurtyną niewysokich buczków... ni stąd ni zowąd ów motyw drogi zatrzymuje moją uwagę dłużej... iść, ciągle iść, czasu nie licząc, przed siebie w pełnej jedności z otaczającym, kochanym krajobrazem, na którym kiedyś twoja wyobraźnia oparła swój mit, twoje osobiste przekleństwo i błogosławieństwo, Twoje... Kto lub co cię powstrzymuje człowiecze ? Ziarno inspiracji zasiane jednym oka mgnieniem, odwracam głowę zaczyna kiełkować... zabieram je ze sobą w dolinę, którą rozświetla teraz piękne, ciepłe, majowe słońce i kilka pełnych uśmiechu i nadziei ludzkich spojrzeń. Przyjechałem tu tylko na parę chwil, po namiastkę spokoju, a dostałem aż tyle...lekcję dystansu do samego siebie plus reprymendę z szacunku do pokrytych kurzem zobojętnienia marzeń. Odżyłem. Tak daleki, a tak bliski... Beskid.
Kto ma wiedzieć, ten wie, że tylko z nazwy Niski. Esencja gór, z których pewnie wszyscyśmy wyszli i do których wszyscy
po dalekiej tułaczce, dnia pewnego jak do rodzinnego domu powrócimy.
Dzień dopełniłem cerkiewkowym tournee przez Polany i Krempną po Kotań, objazdem popod Cergową i przez Iwonicz
do Rymanowa. Umysłu przewietrzenie z dzikim pomysłem w tyle głowy i wiosna jak trza!
komentarze: dodaj

Wiosna u bram.

2014-04-17
Wiosna u bram panowie i panie i... nic to, że ogłaszając natury wielkie przebudzenie stalowe niebo z impetem przybyłej właśnie z zachodnim wiatrem, z każdą chwilą napędzającej się śnieżycy zwala się ciężko na skalny czerep Murania, a cały świat wokół cichnie przypudrowany lepką bielą. Sceny bardziej rodem z późnego listopada niż połowy kwietnia pod Tatrami, ale i z tym bywa przecież rozmaicie. Zmizerowane pierwiosnki pod nogami i dzień coraz śmielej odkrawający kawał po kawałku z ciemnego sukna wieczoru zdradzają nieodwoływalne wiosny nadejście. Co tam szklane sufity, kiedy nadzieja lepszego jutra za oknem... Rok temu to samo miejsce witało mnie może bardziej typowo, ale, kiedy tamten pamiętny, triumfalny pochód ku słońcu zamienia się dziś w łatanie resztkami spokoju zionącej dziury przytłaczającego zwątpienia więcej...
to tylko znak, że figlowanie z losem weszło u mnie znowu w tę nerwową fazę dysonansu między tym, w co wierzę i uważam za słuszne, a tym, co wypada mi udawać, bo tego żada podobno wszechświat. Surowość drogi, do której wracam myślą w tej chwili, drogi, do której całym sercem tęsknię uczy nazywać rzeczy po imieniu. Pociemniało. Duje, szarpie, chwieje się w posadach na rozstaju chałupa. Skrzypi poddasze, klęknąłem nad przyziemnością, paskudnie upokarzająca nuta. Nie po to tu jestem. Moc dobrych wspomnień leży na półce obok, niemożliwe działo się przecież na twoich oczach... i ta niewzruszalna zwyczajność miejsca, w którym dziś przyłożę głowę do snu o lekkości bytu wędrownego ptaka. Ranek znowu powita widokiem trzech białych gór. Byle do jutra z rozpostartymi skrzydłami... Liczę na Ciebie... Wiosno przybywaj!
komentarze: dodaj

Mnóstwo Czasu. Tęsknoty na Bezzimiu.

2014-01-30
No i jak się Wam widzi to tegoroczne bezzimie? Idzie luty, podkuj buty, co!? :) A miało być tak pięknie... Komu doskwiera ta szaruga zamiast bieli, zasp i zawiei dla tych choćby namiastka mijającego sezonu "zimowego" w obrazkach...
Kiedy rok temu depresję marcowych roztopów kontrowałem rejteradą w Orient i tajemnicze ogordy Południa satysfakcja była pełna, ale nigdy bym nie przypuszczał, że zima bez zimy, katastroficznego całosezonowego bezruchu Goryczkowej(jak to miało miejsce w zimie 2010/2011) tak szybko się powtórzy łapiąc mnie w okowach spraw, które z nosem przy ziemi przeprowadzić do końca "nie chcem, ale muszem". Życiu w drodze po stokroć TAAAK ! Przeprowadzkom NIE !!!
p.s.
Lutowe przebieżki tatrzańskie w poszukiwaniu zimy odsłaniają smutne żniwo niedawnych wiatrzysk... Wiatrołomy Kościeliskiej już pewnie zdeptane tymczasem jedno z najbardziej kameralnych ustroni w Tatrach, Doliną Szczęśliwych Powrotów niegdyś słusznie ochrzczone - Zadnie Koperszady też leżą... Poległ właściwie cały środkowy, leśny bieg doliny od wąwozu Bramki po Górną wiatę przy źródle na szerokość 100-150 metrów... Obiecuję być pierwszym z jakąkolwiek dobrą nowiną z Tatr!
p.s.2
Wszyscy fani Kasprowego już chyba zdążyli się zorientować co do finalnego efektu triumfu "bigosowego patriotyzmu" nad rozumem... Gorzko, ale nie znam żadnej innej nacji, która z taką swadą potrafiłaby zarzynać kurę znoszącą złote jaja i dobro wspólne jak nasza. Kasprowy pod nową egidą, po jak to się u nas mówi "urynkowieniu" cen to miłe, narciarskie ...wspomnienie. Zawsze zostają foki, ech.
komentarze: dodaj

Z Nowym Rokiem raźnym krokiem...

2014-01-04
Witajcie w Nowym Roku! Widoki za oknem co prawda mało budujące - zimo, co ty odpiiiiiiiiiii !? - ale, ale, ale... Rok zapowiada się nam kozacko i bez zbędnych pytań tego się trzymajmy! Najlepszego Wszystkim!
Ciutkę mniej życzeniowo z naszego podwórka miast wielkich podsumowań. Oby i tej naszej tatrzańskiej enklawie się tym razem podarzyło, bo 2013 do kolekcji lat dla Tatr udanych wybitnie się nie kwalifikował... Kornikowej zagłady tatrzańskich lasów smutny ciąg dalszy bez widoków na poprawę sytuacji, bezprzykładne morderstwo na żywej tkance przyrody południowej szaty Królowej Tatr - Łomnicy(jest tu ktoś, kto poda mi jeden argument przemawiający za dalszym istnieniem TANAPu w świetle tego, co się tam wyprawia?), ekspansji budowlanych potworności na całym Podtatrzu więcej...
(powiedzmy to sobie wprost: Podhale za sprawą "przedsiębiorczych" gospodarzy generalnie i niestety raczej niedowracalnie zmieniło się już w jeden rozpizdrzony chlew szajsu i tandety) pożerających w ekspresowym tempie resztki idyllicznego krajobrazu z Tatrami w tle rodział kolejny pisany i niczym znak z wysoka, jak grom z jasnego nieba w dziele destrukcji samej siebie, jakby tego złego było mało, na sam koniec, nocą, co błogim spokojem świat ludzi usypia, nocą wigilijną przyroda postanawia jeszcze zwrócić na siebie uwagę... Szaleńczy orkan pustoszy knieje Kościeliską, Chochołowską zostawiając po sobie pobojowisko na długie dziesięcolecia... Jak tak pomyślę to z pewną dozą konsternacji dochodzę do wniosku, że widoku Tatr z chociażby połowy lat 90tych, Tatr, które skradły mi serce... my, wszyscy dziś po ziemi stąpający już podziwiać szansy mieć nie będziemy. Grafitowy kolor nieba, grafitowy kolor ścian... Mało znaczymy wobec odwiecznych prawideł natury i te same tak mało dla nas znaczą. Pocieszenia ze strony budżetowych, zielonych scjentystów brzmią dla mnie równie przekonująco co stan mitycznej otuliny TPN... O głębi lasu i azylu w dziczy jako elemencie tatrzańskiego wyobrażenia można w tej chwili zapomnieć nawet na Szerokiej... Gorzej być chyba już nie może, więc zaślepiam się niczym niepopartą nadzieją na lepsze czasy dla tych Gór, co moje i twoje, pierwsze i najukochańsze.
2013 żegna szarugą, ale chyba bym zgrzeszył nieskromnością pisząc, że pośród tysiąca spotkań przypadkowo nieprzypadkowych i włóczęgi od dusznej Zatoki Perskiej po bryzę znad Oceanu Arktycznego doskwierała mi monotonia. Droga na dziś w pełni mnie zaspokaja, bezruch jednak dołuje jak nigdy... Jak tu nie zdziczeć do reszty ? :-)
komentarze: dodaj

Wesołych Świąt!

2013-12-21
Najlepsze życzenia atmosfery wspaniałych, rodzinnych, wesołych świąt Bożego Narodzenia
drogim kompanom wspólnych wędrówek górami dolinami, szlakami mijającego sezonu przewodnickiego,
tym, których w kończącym się roku los postawił na mojej drodze gdzieś tam, w stronach bliskich czy dalekich,
wszystkim, którzy wpadają tu choćby czasem zajrzeć, Wszystkim Wam samej radości na ten wyjątkowy czas.
Tomek
komentarze: dodaj

Człowiek Bezdomny, Człowiek Wolny Niesłychanie. 8000 kilometrów kanadyjskiej przygody. Październik 2013

2013-11-21
Nie ma mnie do połowy listopada, kontakt tylko mailowy. Pzdr. /15/01/2014. STRONA W TRAKCIE AKTUALIZACJIIIIIIII/
komentarze: dodaj

Do Domu Daleko. Arktycznym Szlakiem. Jukon i Terytoria Północno-Zachodnie.

2013-11-20
komentarze: dodaj

Wielki Biały Żagiel. Pięć Dni nad Berg Lake. Mount Robson Prov. Park.

2013-11-15
komentarze: dodaj

Spotkania z Duchami. Lake O'Hara. Park Narodowy Yoho.

2013-11-12
komentarze: dodaj

Przez Góry Skaliste Kanady.

2013-11-08
komentarze: dodaj

Przewodnik Tatrzański. Ostatni Dzień Lata w Tatrach.

2013-09-13
Połowa września w Tatrach. Góry właśnie pokryły się bielą, zaraz po tym jak zimne, gęste mgły spowiły granie i lasy... Wybierając się gdzieś wyżej w tej ruletce pogodowej trzeba było mieć sporo szczęścia. Poniedziałkowy dojazd, popołudnie zamienia się a jakiś słotny koszmar, świata nie mówiąc o Tatrach nie widać. Środa = mgły, zawiesina złowróżbna, depresja... ale nam rozchodziło się tylko o wtorek(10 września). Fart był przy nas. Rozpoczęty świeżutkim porankiem w Roztoce dzień pozwolił nam w pięknym słońcu wmaszerować na Rysy i dłużąc się niemiłosiernie(mecyje...) zejść z powrotem do Moka, gdzie mojego kompana zakwaterowałem niejako poza programem... a mnie przyszło jeszcze ratować w środku nocy, pod Wodogrzmotami jedną zbłąkaną duszyczkę co chciała tam stopa do Moka łapać... Jeden dzień okna pogodowego, całkiem udana impreza.
Z tatrzańskim pozdrowieniem dla Mike'a z Nazareth w Pensylwanii!
komentarze: dodaj

Fogaraskie Knieje, Siedmiogrodzkie Zamki. Objazdowo, urodzinowo.

2013-08-30
Rumunia. Wiążą mnie z nią same dobre wspomnienia. Wichrowe Fogarasze 2004, Szalona Mołdawia pięknych kobiet z absurdalnym Nadnniestrzem i powodziową rejteradą przez Karpaty w lipcu 2008. Obozowe, kochane Rodniańskie, od Bukaresztu przez Maramuresz, kraj Szeklerów, odurzającą Dolinę Maruszy, Bicaz po bukowińskie klasztory w przepiękny sierpniowy czas rok potem... Okazja do wypadu zrodziła się z przypadku i pogłosek jakobym miał poprowadzić dwie duże objazdówki po Kraju Drakuli we wrześniu, a więc rekonesans na świeżo wydał mi się rzeczą wskazaną. Do tego znajomi podchwycili temat doskonale, więc wyszedł nam z tego zupełnie sympatyczny tour towarzyski. Marcin, Paulina, urlopowicz Tomek i ja. W Tokaju przypomniałem sobie wreszcie smak zupy rybnej..mmmm... więcej...
Na noc wpadliśmy do gwarnego Klużu, gdzie zdążyliśmy obejrzeć mecz i poszlajać się po pięknym, starym mieście tak z wieczora jak i z rana. Wypełniona po brzegi ludźmi i towarem skodzina spisywła się znowu na medal. Na drogach(te same w sobie świetne na całej trasie) chwilami obyczajowy sajgon, ale po Iranie nic już w tej materii nie jest w mocy mnie wzruszyć hehhh. W Fogarasze dotarliśmy deszczowym wieczorem po sentymentalnym postoju w pięknie odrestaurowanym Sybinie. Po mozolnej wspinaczce serpentynami góry przebiliśmy tunelem nad Balea Lac, by zabiwakować w buzującej przyrodą, cudownie zielonej dolinie poniżej Piscu Negru. Piwkowanie u celu. Krople deszczu o ściany namiotów grały nam do snu.
Całkiem pozytywne, urodzinowe okoliczności. Czas mijał swobodnie, pogoda jak to latem w Południowych Karpatach, raz tak raz śmak. W goprówce Salvamontu nad Balea Lac, która kiedyś ratowała nam dupę w piekle burz otworzył nam 12-letni chłopaczek, syn jednego z ratowników dyżurnych który 8 lat wcześniej dziecięcymi oczyma musiał widzieć dwie zmoknięte kury z Polski szukające suchego i ciepłego schronienia po pamiętnym trzydniowym kiblu w puszce nad Caltun u stóp Negoiu. Powrót do przeszłości fenomenalny, mamałyga, serki i kiełbaski a la cevapi z bazarowej przełęczy też niczego sobie.
Bajzel tandety rozrósł się w tym miejscu do rozmiarów potwornych, coś jak dobrze wszystkim znany zakopiański burdel pod Gubałówką. Ble. Kolejne zachód i wschód słońca zastały nas znowu w kniei południowego skłonu gór, gdzie trafiliśmy superromantyczny cypelek obok jakiejś rozpadającej się budowli widomo nad wodami Jeziora Vidraru. Karty i ochlejstwo do ogniska w czarną noc... Z nowych miejsc zaliczonych podczas tej wesołej eskapady zachwyciła mnie bezwzględnie Sinaia. Całe położenie i układ rozkopanego miejscami niemiłosiernie królewskiego kurortu, pałace, rewelacja. Zupełne rozczarowanie: Zamczysko w Bran, a właściwie jego otoczenie. Gdyby tylko Vlad Palownik zobaczył jakie to dziadostwo rozłożyło mu się pod murami, jako sławny praktyk wiedziałby co z tymi szajsmacherami zrobić... Predeal furmanki nie złamał. Po zakupach w Busteni, spontaniczny biwak wypadł w dolinie koło Azugi pośród pasterzy ze stadami. Dobrzy ludzie nawet suchego drewna na ogień nam przynieśli, fajnie... Piękna, gościnna Rumunia nie zawodzi. Mglisty Braszów o niedzielnym poranku i dalej w drogę powrotną przez Transylwanię. Zajrzeliśmy jeszcze do starej Sighisoary, no bo jak by inaczej. 960 km przejechane tego dnia
na raz, od Braszowa do Rzeszowa, w którym zameldowaliśmy się środkiem nocy stanowi mój nowy rekord w kategorii przegięć za kółkiem.
komentarze: dodaj

Zdążyć przed upałem. Sierpniowym porankiem na Łomnicę.

2013-08-06
Jedna fala upałów w mieście dała mi się we znaki na tyle, że od kolejnej właśnie nadchodzącej postanowiłem poszukać azylu, gdzieżby indziej jak nie pod Muraniem. Pośród życia jaworzyńską idyllą tudzież słodkiego nieróbstwa, które tak lubi mieć Tatry na widoku, na ręki wyciągnięcie, tylko i wyłącznie jako motywujące tło dla kolejnego wlewanego w siebie bażanta... w ramach walki z samym sobą, trochę dla zwykłej przyzwoitości trawionego na niczym letniego czasu, a trochę rekonesansowo, bo dawno mnie tam nie zagnało, skoro świt, by zdążyć przed zalewającym świat przed południem tropikalnym upałem ruszyłem sobie na Łomnicę, od południa zwykłym wariantem. Co godne wykrzyczenia po raz kolejny: cały obszar od samej Tatrzańskiej Łomnicy przez stację Start po Łomnicki Staw to teren absolutnej klęski ekologicznej, bezprzykładnego, intencjonalnego barbarzyństwa na prawnie chronionej przyrodzie. więcej...
Skandaliczny fenomen na skalę europejską nie waham się tego napisać, nie wiem jakie racje wobec tego, co się tam wyprawia przemawiają za dalszym istnieniem TANAPU. Stąd i dobrze, że idąc do góry częśc tych przerażających wykopów mijałem po ciemku. Wierzchołek powitałem trochę po dziewiątej. Sceneria w miarę, choć kapkę przymglone. Całe mnóstwo ludzi w ścianach, Widły oblegane na całej długości przez mniejsze czy większe zespoły wspinaczy. Zejście tak samo, łańcuchów rzeczywiście brakowało, ale o fakcie ich kradzieży dowiedziałem się znacznie później(edit 12/2013: brakujące ciągi łańcuchów uzupełniono). Żar z nieba dopadł mnie już na przełęczy, doczłapałem się więc do hałaśliwego stawu, który de facto skurczył się już do rozmiarów kałuży i wsiadłem w kolejkę. Widoków tej otwartej rany tatrzańskiej na zboczach nad "kurortem" dłużej bym nie zdzierżył. Parę fotek: Łomnica 3/08/2013
komentarze: dodaj

Przewodnik tatrzański. To, co najlepsze.

2013-07-06
Zatrzymując się dokładnie w pół drogi bieżącego roku, z szybkiej kalkulacji wychodzi mi, że póki co to więcej czasu w nim strawiłem w trasie niż wysiadując domowy fotel... Nad tym faktem bynajmniej nie ubolewam, nie sądze też, by to, co mogło mnie w tym półroczu tutaj ominąć stanowiło choćby niewielki ułamek tego, co zyskałem za sprawą wszystkich nowych sytuacji, poznanych miejsc i ludzi. Doświadczenie, którego fantastyczna, w pełni uświadomiona wartość, porzuconemu nagle w ten lipcowy ocean demonicznego wręcz bezruchu paradoksalnie jeszcze mocniej podcina żyły... z tęsknoty za tym dobrym czasem, z dnia na dzień utraconym. A było genialnie. Po majowych, burzowych przygodach mój harmonogram pracy przewodnickiej na czerwiec nic nie stracił ze swego napięcia, robota dzień w dzień. więcej...
Nie wszystkie jednak przedsezonowe kalkulacje okazały się strzałem w dziesiątkę i o mały włos nie doszło do przesilenia. Dobra praca to taka, którą kochasz robić, a zarobek nie spędza ci snu z powiek, prawda? W krytycznym punkcie to ludzie, klienci w try miga wyciągnęli mnie z kundlenia się w narzuconej opresji. To oni, to Wy wszyscy, z którymi przyszło mi przeżyć te parę tygodni, jesteście prawdziwymi bohaterami tej pięknej czerwcowej historii.
Wędrowaliśmy i pod Łomnicą, która i tym razem chmurna, nam się nie dała, dobra atmosfera ani przez moment nie draśnięta. Cóż najlepsze towarzystwo już rok wcześniej w boju sprawdzone. Demianowskie podziemia tradycyjnie rozbrzmiały echem ochów i achów. W narastającym upale środka miesiąca zaznaczyliśmy swoją obecność w niemal wszystkich dolinach Tatr Polskich(18 czerwca Kasprowy Wierch notował 25 stopni, w Zakopanem termometry pokazały 31 kresek) i nawet rekordowy skwar nikogo z nóg nie zwalił. Zachwyt nad chwilami spędzanymi w górach, przyrodą i swobodą malujący się na twarzach dzieci wynagradzał wszelką niedogodność i wysiłek. Radość buduje dobre wspomnienia, o to chyba nam wszystkim chodziło. Nie zmogły nas gradowe sztormy z dala od domu, wezbrana Zimna Woda czy ...brak miejsca w schronisku mimo rezerwacji. Kilometry śliskich ścieżek w zacinającym deszczu i mgle doprowadziły nas do finału na Rysach. Całą druga połowa czerwca to był najwspanialszy dar od losu. Niczego lepszego bym sam nie wymyślił. Pełna inspiracja ludźmi z Tatrami w tle, do tego międzyczas celebrowany w tym jedynym miejscu z widokiem na Białą Górę, które tak lubię za to, że wymyka się współczesnej formie. Czas długich, wieczornych rozmów. Czas ciszy i zachodów Księżyca. Czas intensywnej pracy, pracy marzenie. Chcę wierzyć, że coś takiego jeszcze kiedyś mi się przydarzy.
Z wakacyjnym już pozdrowieniem dla dzieci i kadry wycieczek: Szkoły Podstawowej nr 8 w Rzeszowie i szkoły w Zawoi, dla całej, wesołej załogi Klimawentexu Rzeszów, młodzieży z tarnowskiego Społecznego LO im. ks.J.Tischnera, rzeszowskich kolejarzy i superdzielnej grupy z English College w Pradze. Do zobaczenia!
komentarze: dodaj
imię: Tony Rudall
2013-07-06 11:22
Superb guide!! Great with kids on my exped from Prague and helped contribute to one of the best expeds I have ever led...................and I have been all over the world!

Przewodnik tatrzański. Burzowa majówka pod Tatrami, słońce Pienin. Otwarcie sezonu.

2013-05-09
Echa kwietniowej zimy jeszcze nie przebrzmiały, gdy pod Tatrami zaświtała wiosna z mocną domieszką lata.
Krokusy przebiegły dolinami, a gorące słońce szybko rozprawiło się z tak cieszącym skiturowców nadmiarem śniegu, spod którego wychyliły łebki ciekawskie świstaki. Zniknęła tafla lodowa na Szczyrbskim, a nawet na chowającym się w chmurach Łomnickim Stawie, zazieleniły się spiskie przedgórza, przyroda nigdy w tyle nie zostaje... Wiosna!
Wielka Majówka otworzyła sezon turystyczny w Tatrach z fanfarami ...grzmotów, błyskawic i nagłych ulew. więcej...
Dość wspomnieć, że przykładowo 3 maja po południowej stronie gór burza szalała niemal nieprzerwanie do 11 przed południem do godzin przedwieczornych sabotując nieco plan przewodnickiej pracy i pierwsze wędrowanie w sezonie... Slalom przez kaprysy wiosennej aury nie mógł złamać ducha w narodzie i już po kilku dniach majowe niebiosa zrekompensowały niedawną trzęsawkę fenomenalnym słońcem w kwitnącej dolinie Dunajca.
Z ciekawostek przyrodniczo-obyczajowych wspomnieć muszę, że nie tylko kaczeńce, ale i ...żulia w Zakopanem mieniącym się zupełnie często turystyczną stolicą Polski tej wiosny zakwitła nad wyraz "efektownie", ubarwiając ciężki znój zwiedzania straganowych Krupówek zawsze żądnej wrażeń młodzieży szkolnej, uatrakcyjniając przewodnicki kierat nowym, jakże cennym doświadczeniem i kolejną lekcją postrzegania polityki promocyjnej miasta Zakopane, ha!... jedynej turystycznej destynacji świata, która przecież żadnych rekomendacji nie potrzebuje w myśl starodawnej, honornej idei "tak cy siak, cepry psyjado i tak". 8 maja 2013, róg Krupówek i Kościuszki, w samo południe... "Przewodnik kontra Żul "Protezka", materiał filmowy tylko dla mniej wrażliwych ;) ----> wideo.
25/05/2013
Sezon w pełni i jeszcze się rozpędza... Pogoda niezmiennie loteryjna, ale też i moje grupy ze szczęściem niezmiennym w meandrowaniu między dopustami nieba. Regularnie wizytowane Trzy Korony póki co bez widokowego pudła, Rajski Przełom Hornadu na pół dnia bez kropli deszczu przy stalowych chmurach od świtu do zmierzchu muskających czubki smreków niemalże... oby tak dalej.
Z najlepszymi pozdrowieniami dla "urzędniczej" drużyny turystów z Zamościa i Biłgoraja
oraz wesołych ekip Gimnazjum Sióstr Prezentek im. Jana Pawła II w Rzeszowie
,Szkoły Podstawowej w Jeżowem, Publicznego Gimnazjum nr 2 z Łańcuta, rzeszowskiego III LO
towarzystwa, z którym majowe, górskie wojażowanie i przewodnicka robota wiązały się z samą frajdą.
Dzięki i do zobaczenia na szlakach!
P.S.
Dłuuugo mnie tutaj nie było to i strona prawie chwastem zarosła, a regularność korespondencji ostatnimi czasy mocno kulała za co Wszystkich zainteresowanych przepraszam ...prosząc jednocześnie o zrozumienie i odrobinę cierpliwości w szczycie sezonu teraz. Zapewniam, że nic nie ginie, na wszystkie wiadomości odpowiem w miarę możliwości od razu bądź z maksymalnie kilkudniową obsuwą, kiedy akurat jestem w rozjazdach. Pod telefonem jestem cały czas. Pozdrawiam!
komentarze: dodaj

Mnisi z Góry Atos. Wiosenne marzenie ostatnie. Chalkidiki, Grecja.

2013-04-24
Z Siedmu Życzeń ostatnie. Dziesięć wieków historii, 1000 lat mistycznej tradycji. Atos, pierwszy od wschodu z trzech "pazurów" greckiego Półwyspu Chalcydyckiego oblewanego wodami Morza Egejskiego - Atos - najświętsze z sanktuariów Prawosławnej Ortodoksji. Odgrodzony od świata tajemniczy ogród... kraina nieustającej modlitwy, prastarych klasztorów, oaza spokoju, republika brodatych minichów...
komentarze: dodaj

W cieniu wielkiej góry. Damawand, Iran.

Nad podróżowaniem po tym wspaniałym kraju mógłbym się długo w zachwytach rozpływać. Fantastyczny czas, życzliwość ludzi nie do opisania, ale ale! co z górami panie kolego ?...zapyta ktoś. Majestatyczne Elburs czy Zagros, niekończące się księżycowe skalne pasma najgorętszych pustyń na Ziemi, Iran przecież to niemal jeden, wielki płaskowyż, wielomilionowe metropolie Teheranu czy Isfahanu leżą wyżej niż nasze Pięć Stawów, mało? OK ,o ile góry nie były głównym magnesem, którym przyciągnął mnie tej wiosny Bliski Wschód, o tyle jakoś średnio wyobrażałem sobie, by tego akcentu zabrakło. Akcentu... Nim znalazłem się w cieniu wielkiej góry, jej niewiarygodnie idealny kształt i śnieżny blask na długo wcześniej migotały w mojej głowie. Sława i chwała Persji, majestatyczna, dymiąca piramida uśpionego giganta... Damawand, 5610 metrów bliżej nieba. Tak wysoko się jeszcze nie zapuszczałem. Marzenie o tak pięknym finale zdopingowało mnie do powrotu wielkimi susami znad gorącej Zatoki Perskiej przez cudownie kolorowy Shiraz do Teheranu na kilka dni przed końcem wizy. Czasu na styk może wystarczy, pogoda szczęśliwie mało loteryjna. Słoneczko na niebie. Mister Mousavi z Firouzeh'a nie pierwszy raz spisał się na medal. Zakupy, depozyt bambetli, logistka w try miga. Dnia następnego żegnam się z Belhassenem na środku ulicy, on w jedno, ja w drugie taxi na wschodni Terminal-e-shargh. Autobusów na północ zero, to fetowanie Nowego Roku cosik nie chce się skończyć...lokalsi mnie zniechęcają jak tylko mogą zablokowaną ponoć przez tysiące weekendowiczów drogą na Amol, polecają spróbować za tydzień. Jaki kurwa tydzień!? Taki wał, że teraz odpuszczę! Total chaos, z którego jak to tutaj coś się musi zawsze dobrego urodzić. Kwadrans nie mija jak wprost z ulicy ściąga mnie jakiś przypakowany typ i prowadzi w boczną uliczkę, gdzie stoi jego wóz "Pride" tylko z nazwy. Sprawy toczą się dalej same bez jakiegokolwiek wpływu z mojej strony. Zaczyna się od eksmisji jakiejś mocno niepocieszonej obrotem sprawy młodej damy z walizką z tylnego siedzenia. Zostaję mimo woli zapakowany do rozklekotanej Saipy. Nie wiem, gdzie jestem i z kim i o co chodzi, ale takie absurdalne jazdy mają swój niezaprzeczalny urok hehehe... Podróżujemy w piątkę, dwie laseczki i dwóch bajobongo. Jest wesoło to mało powiedziane, tu nawet esperanto by nie pomogło, zajadamy się cukierkami, towarzystwo drze ze mnie łacha całą drogę. Obrażać się nie ma o co i tak nikt nie wie o co komu chodzi. Prowadzi Mohsen. Prowadzi to nie dość powiedzieć, 2/3 dystansu pokonujemy z maksymalną prędkością i przy maksymalnym zagęszczeniu pojazdów na z każdym kilometrem coraz bardziej górskiej trasie jadąc sobie najzwyczajniej pod prąd. Nie wiem jak to się nam udaje, ale się udaje. Zawziąłem się oczu nie mrużyć, bo ekipa na tylnej kanapie już łzami się zalewa się ze śmiechu tylko czekając kiedy wysiądę w biegu. Pocieszając się zakładam, że jak zginiemy to wszyscy :))) Serpentyny wyprowadzają nas na przełęcz ok. 2800 m npm, tyle pokazuje mi altimetr, nieźle. Bystry zjazd na Polour, piąte przez dziesiąte załapuję, że moi kompani proponują mi obiad. Chyba mam trochę dość i grzecznie odmawiam. Za którymś zakrętem chwytam wreszcie za aparat, bo... jest! W przedniej szybie wyrasta nagle przytłaczający ogromem, poorany jęzorami śniegów stożek wulkanu, klękać! Oto Damawand! Minąwszy wioskę zauważam, że zaczynamy znowu mozolnie wspinać się naszym gratem i nie jedziemy wprost na Reyneh, dokąd wedle planu zamierzałem dotrzeć, a wbijamy na pustawą górską drogę meandrującą bezpośrednio u stóp wielkiej góry. Czuję, że sprawy po zaliczeniu drogowego egzaminu z ekstremy zaczynają układać się po mojemu. Gospodarz pojazdu okazuje się bystrzejszy niż przewidywałem, wyjeżdżamy hen wysoko ponad dno skalnego kanionu z główną drogą na Amol, faktycznie, widać z góry, całkowicie zatkaną autami, wyglądającymi z tej perspektywy jak malutkie, kolorowe klocki. Szybka orientacja, że jesteśmy już w okolicy, która stanowi dla mnie idealny punkt wyjścia, a więc stop. Fioletowy Iran Cheque o imponującym nominale w podzięce do łapki robi niemałe wrażenie na Mohsenie...Cóż, co przeżyłem to moje, nie do zapomnienia, a i przesiadek oszczędziłem. Pożegnalnym uściskom nie ma końca, sesja zdjęciowa z blond małpką z dalekiego kraju obowiązkowo. Mohsen poleca się na przyszłość...Pa! Ze dwa kilometry muszę się wrócić do punktu wyjściowego ścieżki. Leje się ze mnie. Jakaś gównażeria z innego auta mnie dopada, to samo, co zwykle. Foto z takim kuriozum to dla nich nie lada gratka. Niech mają. Chwilę potem zaczyna mi śmierdzieć problemami kiedy podjeżdża do mnie białozielony pick-up policyjnego patrolu. Ku mojemu zdziwieniu nie reflektują na wspólne foto... Jest ich trzech, uzbrojenie eleganckie, najważniejszy bierze paszport i wyraźnie nie wie co ze mną i chyba ze sobą ma teraz począć, dzwoni więc do przełożonego. Muszą sprawdzić czy szpiegiem nie jestem, zawartość karty pamięci ich interesuje... ależ proszę bardzo. Przewijam im zdjęcia z bazaru w Shiraz, wiaderka z grochem i kilimki. Szybki salut i przeprosiny... po sprawie, po nerwach. Zmykać czym prędzej z tej drogi w parowy na zboczach, wolałbym żeby chłopakom nic nowego do głowy nie przyszło... Starczy emocji tego dnia. Południowy skłon Damawandu, który podziwiam teraz w pełnej krasie. O drogę nie pytam, żywego ducha w całej okolicy, jakieś stada w oddali, tysiąc ścieżek i ścieżynek nie może prowadzić do nikąd. Idylla, na jaką czekałem. Dzień się chyli, szczyty pięknie czerwienieją, głeboki cień wielkiej góry... koniec końców, wędrując trochę na czuja dostrzegam zarys czegoś, co musi być miejscem, do którego zmierzam. Wysokościomierz potwierdza, że jestem na trzech tysiącach. Przede mną Goosfand Sara. Baza wyjść na Damawand południową drogą robi dość posępne wrażenie. Spod śniegów wychynają jakieś ohydne baraki, śmietnisko. Na pierwszy rzut oka całkowity rozpierdol po zimie. Brak wody czy żywego ducha był do przewidzenia. By dopełnić widoku, na ten base camp oprócz chaotycznie rozrzuconych blaszanych i pseudomurowanych baraków, podrdzewiałych cystern, koszaru dla owiec i kupy złomu i śmieci składa się jeszcze jedna, oryginalna, ogrodzona budowla niewielkiego meczetu, mieszczącego z boku izbę schronu dla turystów. Brud tak, na smród tu za zimno. Pal licho detale, cóż za piękny, cichy wieczór...! Podświetlone purpurą zachodu słońca mgły wyściełają doliny u południowych stóp wulkanu, dobranoc. Ranek wstał wypoczęty, kryształowy na ziemi i na niebie, czegóż chcieć więcej!? Nim wygramoliłem się była dziewiąta, słonko wzeszło już wysoko, kilka zdjęć i lustrowanie ogromu przestrzeni południowej flanki góry, by znaleźć najdogodniejszy wariant dojścia do odległego o 1200 metrów przewyższenia i kaaawał dystansu schronu, który nawet stąd ledwo daje się wypatrzeć. W międzyczasie mija mnie kilka ciężko objuczonych osób w drodze do góry, które szybko giną mi z oczu w tym przestworze krajobrazu. Kolejne godziny mijają dość leniwie na niespiesznym marszu krok za krokiem, wyżej i wyżej wpierw z ominięciem rozległych jęzorów śniegu, potem przez tę przepadającą breję na przełaj ku widocznej już bryle schronu Bargah. Altimetr cały czas pod kontrolą z czystej ciekawości, powyżej 4000 metrów faktycznie zaczęło robić się mocno nieznośnie z oddychaniem, ale najgorsze dopiero miało przyjść. Bargah przypomina nieco alpejskie "kamienne" schroniska. Solidny klocek z zewnątrz i całkiem przestronny z wielością izb w środku, że syf po zimie niemiłosierny to inna historia. Słysząc gwar rozmów dochodzący z pomieszczeń z pryczami po obu stronach holu wpakowałem się głębiej, by ostatecznie paść bezwładnie w czymś, co okazało się być salą modlitw. Wszystko mi jedno, resztką sił wymościłem sobie mój barłóg, a rozrzedzone powietrze rozpoczęło swoje dzieło zniszczenia na moich płucach i głowie. Zamykam oczy, odpłynę skonany w jedną chwilę myślę... Mija kwadrans, mija drugi, powieka opada, by wzdrygnąć się zaraz z kolejną konwulsją całego organizmu, tu nie ma czym oddychać! Uczucie jakby ktoś stał ci na piersiach, mordęga absolutna, godzina za godziną, pijany ze zmęczenia wpadam w stan jakiegoś panicznego delirium. W kącie stoi wielka butla z przewodem, desperacko "smakuje" ustnik kabla brudny jak sto nieszczęść, płonne nadzieje, bo pucha oczywiście pusta. Padam, łykam resztki powietrza niczym ryba wyrzucona na brzeg. Katorga duszenia trwa około 10 godzin, horror kończy się nagłym urwaniem filmu. Równie nagle wracam do świata żywych, bo budzik wali mnie w czerep już 2 godziny później. Cóź... kiblowanie bez aklimatyzacji w pół drogi po cielsku gigantycznego wulkanu siłą rzeczy z odpoczynkiem i regeneracją wiele wspólnego mieć nie może. Pakowanie, szybko, uciekać z tej zatęchłej nory. Motywacja wytłumia zmęczenie, parę orzechów i rodzynek na ząb, wychodzę. Przestrzeń jak i widok po otwarciu hałaśliwych blaszanych drzwi powalają zmysły... Cały świat na południe od Damawandu w kolorach gorejących różów ścielących się po oceanie chmur wypełniającym szczelnie doliny na wysokości jakichś 2,500 metrów. Dzień marzenie się zapowiada, o nocy już zapomniałem... W górę! Z dwóch niewyraźnych depresji żlebów nad Bargah wybieram prawy, śnieg miejscami przepadający, ale mimo stromizny z formą jest lepiej niż przypuszczałem. Po lewej ręce spostrzegam trzy postacie na nartach, które atak na szczyt rozpoczynają zakosami około 200 metrów po mojej lewej ręce. Może to i dobrze, że nie będę tego dnia tutaj sam, a ten będzie bardzo długi. Wysokości z tego półtora kilometra śniegów nade mną do wierzchołka nie ubywa za szybko, śniegu pod butem niestety przybywa, słońce coraz wyżej, wiatr specjalnie nie doskwiera, ale kilkunastostopniowy mróz też nie chce zelżeć, co czuje nawet przez kominiarkę na policzkach. Droga na 4800 zajmuje mi nieco ponad 4 godziny, tempo dotąd udawało się jako tako utrzymać patrząc względem trójki skialpinistów.
komentarze: dodaj

"Hello Mister!" Bliskie spotkania ze Wschodem Bliskim. Nouruz 1392 w Iranie.

2013-04-22
Wielki kraj, wielkich otwartością serca ludzi, gdzie znane mi dotąd pojęcie gościnności zostaje zdefiniowane na nowo...
Od szalonego Teheranu przez noworoczny Isfahan i pustynny Yazd po przygodowy Kerman i duszne wybrzeże Zatoki Perskiej. Przez skarby i sanktuaria Shirazu, gorąc słonej pustyni po śniegi górskich kolosów Alborz nad chmurami, po Damawand... c.d.n.
komentarze: dodaj

Zima w Tatrach. Błogostan vs dziadostan...

więcej...
2013-02-24
No i... miał pojawić się tutaj wątek problemowy, rozprawka ugruntowana na kontraście między nadzwyczajnym pięknem zimowych gór rodzimych a często katastrofalną polityką głównych usługodawców turystycznych na Podtatrzu wobec swoich chlebodawców, którą z wyjątkową nieprzyjemnością miałem okazję parokrotnie "konsumować" w lutym w Tatrach wcielając się nawet niekiedy zupełnie intencjonalnie w rolę niezorientowanego nowicjusza, ale ale ale, że z początkiem marca wywiało mnie na dobre z kraju i nogi daleko na Wschód poniosły... argumentowana złość straciła impet na rzecz samych pozytywnych emocji, więc tegoż ciężkostrawnego kotleta póki co odgrzewał nie będę, co niech nikogo nie zmyli, bynajmniej nie oznacza puszczenia zniewag w niepamięć ni wiary w to, że rzeczywistość okołotatrzańska nagle przestanie dostarczać powodów do bezsilnej frustracji i totalnego zażenowania... pewnych rzeczy nie sposób zamieść pod dywan, tak, że ciąg dalszy już nie w formie dzisiejszego niedomówienia niechybnie nastąpi, ale póki co zostańmy może jeszcze chwilę przy widokach tatrzańskiej zimy*, między bielą a błękitem...
*zimy... tej "pierwszej" styczniowo-lutowej - wielkanocny śnieżny kataklizm mnie bowiem całkowicie ominął, a Tatry wciąż zimowe w pełni zobaczyłem na powrót z pociągu z Koszyc do Popradu dopiero szesnastego dnia kwietnia i z tego okresu też parę obrazków w galerii załączam.
komentarze: dodaj

A tymczasem, borem lasem w Bieszczadach...

więcej...
2013-01-29
Znasz to uczucie ? Budzisz się rano, ledwo smuga światła rozewrze ci powieki, a już przez wypłoszony umysł drażniąca myśl zdąży przelecieć i irytującym balastem zakotwiczyć się pośród tej niby neutralnej, płynnej nicości świadomością bezsensu powtarzalnej, by nie rzec odruchowej sekwencji zdarzeń, która za chwilę wypełni głupawą treścią kolejny dzień twojego tak cennego ponoć życia. Odrętwienie. Chce się nic... Obezwładniona takim, a nie innym destrukcyjnym przeciągiem podsycanym przez nie mającą końca żałosną, burą paciarę zamiast białej zimy straszącą za oknem dusza zaczyna biec, uciekać, wypatrywać dla siebie azylu od tego absurdalnego, codziennego stukotu. W przypadku nieszczególnym słowa te piszącego, eksploatujący zasoby pamięci duch niespokojny polską zimową przestrzeń idylliczną zwykł znajdować, ciekawe to czy nie, ale na przeciwległym biegunie od mającej ponoć monopol na nudę istnienia gwarnej kultury miasta (której też i dawno zarzucił pełni życia imitację...), czyli pośród ciszy bukowych kolumnad krainy dolin bezludnych... Bieszczady, głupcze! więcej...
Jak lody na gardło tak garbaty horyzont leśnej gęstwy Biesów poczciwych w zimowym bezruchu absolutnym unurzanych sprawdzonym lekiem na całe zło zasranego mechanicyzmu istnienia. Kilka godzin ciasnoty, zaparowanych szyb i tradycyjnych, budujących narodową markę i fiołkami niepachnących obyczajowych atrakcji, które pomińmy milczeniem i... i jestem.
Cisna, wieczór, weekend, ferie, sezon, ruchu turystycznego brak... nawet Siekierki nie ma komu otworzyć! Pod Honem (byłem tu ostatnio chyba ze 12 lat temu!) bacówka cała dla mnie, bo jak by inaczej. Z nowym rokiem wróciłem do książek, co cieszy mnie wielce, a frajdą odtruwania głowy z ekskrementów kultury onetowo-obrazkowej wypełniam sobie niemal każdy kolejny czas przed zaśnięciem. Nie inaczej było teraz w Bieszczadach, gdzie myśl płynie z wolna i nie ma nawet co rozpraszać. O to chodzi. Koniec stycznia, ale i tu ta zima bez fajerwerków, choć przynajmniej stwarza pozory. Przejażdżka roztrzęsioną ciuchcią, czarny szlak przez lasy Falowej, browar do słońca z jeleniem na polance, wpadający w popołudniowy fiolet Smerek niczym Fujiyama spod Czereniny, przedzieranie się przez świeżą zrywkę i nocna zagadka przy księżycowej pełni nad szumiącą Wetliną. Most, którego nie mam na mapie, opuszczony wypał, cerkwisko... Bacówka w Jaworzcu, czyli właśćiwie nigdzie, najprawdziwsze miejsce na uboczu, nareszcie. Tego szukałem. Elektryka ? nie ma komu... ostatnich stałych mieszkańców rozległej doliny przegnano stąd wiosną 1947 roku, od tamtej pory przyroda przejęła absolutne panowanie nad tym miejscem, ale zbocza wciąż zewsząd "świecą" dawnymi miedzami opowiadając tę coraz dawniejszą prawdę o tym, jak to niegdyś w Bieszczadach było i co już nigdy nie powróci.
Pobłądzić w lesie... zgubić się, by się odnaleźć ? Zdarzyć się może. Im wyżej tym śniegu pod butem więcej, buki smukłe proste, nad nimi buki o ramion tuzinie, drzewa królewskie, południowy wiatr szarpie bezlistnymi koronami, echa mnisich kołatek wypełniają knieję, spłoszone słońce umyka, naciera mgła. Ślady mataczą, połonina Smereka wita ścianą wiatru niosącego tnące twarz drobinki lodu. Widoczność żadna, trzymać się grani i dojdziemy, pampuchowate spodnie robią za żagiel, podmuchy wiatru przewracają mnie na lewy bok. I znowu. Gdzieś za główną kulminacją Wetlińskiej, którą w całej dezorientacji jeszcze jakoś udaje mi się rozpoznać zapada zmrok. No żart jakiś, matnia absurdalna, ale do przodu, Chatka czeka. Jest smuga światła, miło! Lutek ze snu wyrwany w półnegliżu otwiera. Komnaty na górze znowu na moją wyłączność. Sztormowo, jak na łajbie jakiejś, huragan chałupy mało nie rozedrze, 6 czy 8 na plusie w środku nie wadzi. Wiatr odbija się od ścian, "Szachinszach" do poduszki się trafił, nad głową drewniany firmament piętrowego łóżka upstrzony tysiącem autografów do 20 lat wstecz między kaligraficznym kłębowiskiem twórczości rozmaitej. Gasząc latarkę zamykam oko z wygrawerowanym mottem tuż nad głową: "Wszystko jest gównem, oprócz moczu" pisał "Marcin z Poznania 11.01.2012" No bezdyskusyjnie...
Ranek na Połoninie oferuje jedność ziemi z niebem w białej nicości, a więc kolejny sukces wróżbitów prognostów w tych dniach obtrąbiony. Pogoda kradnie mi ten nowy dzień, ani więc Hulskiego ani meandrów Sanu ani Otrytu tym razem nie będzie. Stoi cicho we mgle i białej szadzi bukowina, kierunek Wetlina...
Co takiego jest w tej krainie tak bardzo nieprzystającej przecież do powszechnych dzisiaj oczekiwań z wymogiem efektowności i rzucającej na kolana wielkości? Czym tak uwodzi ? Poezja śpiewana nie każdemu dodaje skrzydeł..., a góry... cóż, i ty znasz, i ja znam nieporównanie wznioślejszych wiele. Jakiś osobisty sentyment może? Też nie, bo na dobrą sprawę nie miał na tyle wybitnej okazji, by mieć powód się urodzić. Przestrzeń? Owszem jest niezwykła, ale przecież do okiełznania. Nieuporządkowany i chyba niepoliczalny zbiór czegoś, co nigdy nie daje odpocząć wyobraźni zakochującej się na nowo i na nowo w obietnicy odnalezienia prawdziwej idylli tu i teraz w obronie przed i kontrze do codziennej szamotaniny życia tam, daleko, na dole. Ani tego mitu rozczytać do dziś nie potrafię, ani zrozumieć, co każe mi tu ciągle wracać.
Spokój ducha nie przestał przecież nagle wydawać mi się nieuchwytną iluzją, a jednak ...wdychasz w tym powietrzu coś, co tak przenika, że z błahych niby okruchów choćby i najbardziej szarego dnia niemal bezcelowej wagabundy potrafisz nagle tworzyć piramidy refleksji tak dobrych i rozjaśniających oblicze monotonii doczesności, że wiesz, że to znowu ten rytm właśnie, ten czas, który zaginął, a odnalazł się. Tu, w Bieszczadach.
p.s.
Dryfując w Bieszczady... Cykl komentarzy pod przedwczorajszym artykułem "wklejką" o syberyjskim życiu rodziny Lykov zwyczajnie mnie wzruszył, a wzruszyć się na Onecie to wydarzenie nie lada...
p.s.2
Bieszczadzka zima najprawdziwsza, czyli "jak to drzewiej bywało" w wydaniu chyba najbardziej wytartym.
Stare, staaare kino na dłuuugi wieczór. Jest tu kto, kto to "Bazy" jeszcze nie widział ?
komentarze: dodaj

Nad Kralovou sa blýska! Sylwestrowa wygibka w Tatrach Niżnich.

więcej...
2013-01-04
Nad Kralową Holą Nowy Rok rozbłyska. Najciekawszy na przeciąg ładnych paru lat wstecz przełom roku mi się przytrafił.
Wychodząc od zawsze z założenia, że "nawalić to się można wszędzie, więc po kiego gdzieś się specjalnie ruszać w tym celu" popularna tradycja sylwestrowych wyjść czy wyjazdów w góry jakoś nigdy się u mnie narodziła. Perspektywa obrzydzenia sobie ulubionych miejsc przez zderzenie z anonimową tłuszczą, która za punkt honoru przyjęła sobie na ten jeden raz zwalić się kupą na schroniska, co by w akurat tą, jedną noc w roku robić wioskę koniecznie w górskich okolicznościach przyrody, mogąc choć przez chwilę poudawać kumpla Georga Michaela z lukrowanego, świątecznego teledysku Wham!, a potem zarzygać całą, wcześniej przepłoszoną wrzaskiem okolicę, by przy południowym, noworocznym "Małyszu"wozić się w glorii zdobywców piszących nową historię himalaizmu odstręczała mnie od takich eskapad dotychczas zupełnie skutecznie... więcej...
i tak sprowokowany poświąteczną zachętą Kuby, stojąc w ołowanym korku rozciągniętym jak Białka i Bukowina długie, zaczęło opanowywać mnie przerażenie i myśl o ucieczce na przełaj z tego smrodliwego, absurdalnego podhalańskiego bajzlu.
Białki drugi brzeg, tak urokliwe zawsze jurgowskie szałasy robią tym razem za tło jakiejś horendalnej giełdy samochodowej pod wyciagami, do których i tak mało kto się doczeka w skłębionym, parusetosobowym ogonku(!). Polska podtatrzańskość to nienormalność, że tak delikatnie sparafrazuję młodą twórczość Pana Premiera. Przed nami Tatry i tylko Nowy z Muraniem spoglądają na cały ten syf niewzruszone. Spokój zimowych gór udziela się i nam tuż za Tomaszowym winklem, modły wysłuchane, tu już inny, lepszy świat... Familijny Ździar, na powrót ożyła Kotlina i te nieprawdopodobne(znowu!), cygańskie Rakusy z całym ich ludzkim inwentarzem, który nie bacząc na roku porę wzorcowo wręcz wciela ideę "carpe diem" w życie, hasając stadnie po okolicznych górkach, polach i śmigając w hokeja na patyku na zamarzniętej sadzawce... Życie! Igrzyska panie! ...fantastyka godna postoju, rozmowy i sesji foto, ale czas leci, a słońce z każdą chwilą coraz niżej, śmiejemy się od ucha do ucha, reportażystą zostanę następnym razem :))) Przełęcz nad Telgartem puszcza bez żadnych lodowych ekscesów, źródła Hronu, zza lasu wychyla swe śnieżne cielsko Kralova, pora jeszcze przyzwoita, gdy parkujemy nasze wozidło w najwyższej części Pohoreli i zaraz pod górkę to lasami to zrębami(Jeeezu, jak te Niżne są miejscami dramatycznie ogołocone z drzew!) w ciepłym kolorze poświaty zachodu słońca, by tuż przed zupełnym wieczorem dotrzeć do celu naszego marszu - utulni na Andrejcowej. Tam też zaraz okazuje się, że może stety, a może niestety mamy towarzystwo. Niezydentyfikowana ekipa ze Śląska wespół z psem szturmem wzięła cały dół chatki, więc zmuszeni zostaliśmy do "biwaku" na mroźnym stryszku, gdzie też, co by nas - wydartych z ciepłych domowych pieleszy temperatura za bardzo nie pogryzła, zrobiliśmy Żołądkówkę w try miga, poprawiając lubelskim miodem na ciepło zakąszając całość parówkami. Imprezę spod naszej podłogi sobie odpuściliśmy i tak niezintegrowani z resztą składu osobowego poszliśmy w kimę. W nocy trochę piździło, dudniło i co najgorsze prosto z dołu - chrapało, a zaręczam, że niewiele akcji wpienia mnie bardziej od szukania po omacku, na kacu i na mrozie HPkowskich mikrozatyczek do uszu posianych gdzieś w odmętach rozpieprzonego na wszystkie strony świata wora...
Ranek piskliwo-wrzaskliwy za sprawą deko niezbornej drużyny z parteru, jak ze złego snu. Za plastikowym "oknem" ćma. Skąd ?! nie wiadomo, przecież miało być lampiasto w nieskończoność, no, ale góry to góry. Ekipa wreszcie znika, a że żaden plan dnia nas nie goni, więc rozpoczynamy okupację dołu, a właściwie pieca, przy którym siedząc na klockach grzejemy się długie godziny gasząc pragnienie i dopiero uwierająca monotonia wypędza nas na trzygodzinną rundkę po okolicy z obadaniem lekko zajechanego szałasu pod Koszarzyskiem i dojścia do Budnarki widmo, gdzie też zresztą zamelinowała się cała, tak miło wspominana przez nas kompanija z nocy ubiegłej. Powrót przepadającym nieco skrótem na Andrejcową już w fenomenalnej scenerii zachodu słońca i wyzłoconych, a właściwie spurpurowiałych Tatr na horyzoncie. Noc spokojna, choć gwizda pod powałą niemiłosiernie, ale przynajmniej zero stęków i chrapania. Ze śpiwora wytaczam się dopiero po nawołaniach Kuby łapiącego pierwsze promienie sylwestrowego słońca na matrycę. Oczy na wpół zamknięte i szczękam zębami, ale ale ale warto... wiatr goni chmury od Zachodu podświetlane przez dźwigające się słońce, a w oknach między nimi Tatry w pełnej krasie, no bajka. Po 9tej opuszczamy Andrejcową i kierujemy się grzbietem na wschód. Osiągając grań Bartkovej opatula nas mgła i tak aż po okolice Strednej Holi, gdzie spotykamy drepczącego po wywianym niemal do trawy w kierunku przeciwnym samotnego skiturowca i skąd przez wyrwy w chmurach ukazuje nam się świat na zewnątrz otaczającej nas zalepy z wielką wieżą przekaźnika na Kralovej Holi, która jest celem tej naszej sylwestrowej przebieżki.
Na szczycie umiarkowana krzątanina ludzi i narciarzy podchodzących tu na widoki od strony Šumiaca. Ładujemy od razu do wejścia przytłaczającej budowli u stóp wieży przekaźnika. Udostępniony na schron dla turystów jako "núdzová miestnosť" ganek nasz, jest i legendarny grzejnik(na chodzie!). Oznaczamy teren tej klitki 3 x 3 m naszymi bambetlami i gościmy się jak u siebie, choć co kwadrans ktoś zmarznięty wpada do nas w odwiedziny, więc nudy nie ma. Z czasem łazików coraz mniej, ale dobija do nas sympatyczna parka z Rożnawy zdeklarowana zostać tu z nami na sylwestrową noc, tak więc jest nas czworo, czyli komplet. Wraz z zachodem słońca, ostatnim tego roku, grań Kralowej od południa zaczynają opływać gnane wiatrem fale morza chmur, które im słonko niżej nad linią horyzontu tym żywszymi barwami zaczyna się mienić.
Coś wspaniałego. Po jednej stronie panorama rozżarzonych Tatr od wschodu do zachodu, po drugiej gotujący się i przelewający przez granie kocioł fioletowo-pomarańczowych chmur. Dłonie poodmrażane od skakania nad aparatem, ale jak tu nie zabrać takich widoków do domu... Podniebne widowisko na pożegnanie starego roku bezdyskusyjnie wyczerpuje znamiona spektakularności...
Dzionek piękny, ale jak to na przełomie roku bywa - drażniąco krótki, więc do północy mamy kawał czasu, a w naszym ganku na Kralovej ten czas jakby się zatrzymał. Siedzimy, potem chowamy się w śpiworach, gadka szmatka, przyjdzie ktoś nie przyjdzie ?... Tak po dobranocce jakoś wpada do nas dwóch chłopaków z Revúcy, a właściwie to z namiotu rozbitego w wichurze na skałach poniżej... Szacun! Tych dwóch to Marian i Jano, z którymi zdążyliśmy przez te wolno płynące godziny się dobrze poznać. Jest nas już szóstka, więc robi się ciasnawo. Flaszki odpieczętowane rozwiązują języki, klaustrofobiczna atmosfera tej komicznie małej przestrzeni z wiatrem opierającym się o drzwi robi się wręcz domowa. Po 22 mamy kolejnych gości, po chwili następnych i następnych aż do stanu, kiedy odliczając sekundy przed noworocznym gongiem stoimy stłoczeni jak w tramwaju. Witaj 2013!!! Frakcja odważnych rozbiega się na zewnątrz po kopule szczytowej podziwiać "wybuchające" fajerwerkową fetą Poprad i inne podtatrzańskie dziedziny. W środku toastom i serdecznym uściskom nie ma końca, butelki szampana wędrują z ręki do ręki. Śpiewy prawie chóralne... "Nad Tatrou sa blyska" słowacka pieśń najważniejsza rozbrzmiewa na dwie dziesiątki gardeł. Pełen celebracji rozgardiasz w spartańskim anturażu szczytowej klitki trwa w noc, jedni przemarznięci zawijają do nas z powrotem szukając schronienia od diabelnego wiatru, inni znowu szykują się do długiej marszruty powrotnej w dolinę. Wspólne fotografie na pamiątkę, znamy się już prawie wszyscy niczym na łodzi podwodnej :))) Zabawa definitywnie kończy się jakoś grubo po 2giej, gdy z nieskrywanym żalem żegnamy Janka i Mariana, którzy nie dają się namówić na odpuszczenie sobie namiotowej ekstremy, gdy u nas przecież na tych trzech metrach tyleeee miejsca się zrobiło!
Noworoczne świtanie wita przepięknym słońcem. Banał kryształowego widoku kończy się jednak wraz z pierwszą próbą wyjścia za potrzebą i otwarcia drzwi. Wiatr nie pozwala, jakiś masakryczny opór stawiając! Zbieramy się powoli. Nasi Rożnawianie obdarowują nas jeszcze całym zapasem domowych kanapek, miło było, żegnamy się. Mimo zwalającego z nóg huraganu wracamy na grań, która nas tu wczoraj przywiodła, sceneria od wczorajszej diametralnie różna. Pierwszy dzień Nowego Roku to panoramy rozpromienionych górskich pasm dokoła i wiatr... południowo-wschodnie uderzenie w bok, od którego uwalniamy się po niemal trzech godzinach za kulminacją Bartkowej. Tak a propos to przewiane nery czuję do dzisiaj... Mijamy malowniczy krzyż na Zdiarskim siodle, a samo zejście do Pohoreli to już esencja sielanki w zachodzącym słońcu z feerią barw ponad doliną Hronu rozciągającą się u naszych stóp, to lubię. Z licznych prześwitów w lesie kadry doskonałe, przy których nie sposób się nie zatrzymać, nie usiaść na chwilę, by się w tej ciszy powpatrywać w kolorową przestrzeń... "Rusłan" Kuby czeka we wsi cały i zdrów, góra dół, Telgart Vernar, zaglądamy na tradycyjny kapuśniak i haluszki do "Furmanek", potem jeszcze poprawiny u Tomka z posiadówopogadanką, która przeciąga się nam do późnego wieczora... szkoda uciekać, bo i dokąd ?
Wnikający przez wentylacje auta smog Nowego Targu przypomina o smutnym powrocie do dolinnej rzeczywistości... ale to świeże doświadczenie tych miejsc i tych wszystkich ludzi, których tam, wysoko nad brzegiem morza chmur poznaliśmy rozjaśnia drogę w ten Nowy Rok, w którym tak sobie myślę i wszystkim nam życzę byśmy zawsze mieli dość czasu na to wszystko, co kochamy, co nas cieszy i rozwija, czym możemy dzielić się z tymi, których każdego dnia spotykamy na naszej życiowej drodze... Naprawdę, jeśli już mamy się gdzieś z czymś spieszyć to spieszmy się zauważać, szanować i kochać się wzajemnie... z czegoś mnie to bolesne piętno największej straty ubiegłej jesieni przeegzaminowało. Nie dajmy się zagonić światu, nie bądźmy głupimi kutasami i nie zapomnijmy w tym Nowym Roku jak żyć, by żyć aż tak i po prostu, by nie tylko od wielkiego święta, ale tu i teraz, zawsze mieć każdy dla każdego czas.
Z najserdeczniejszym, noworocznym pozdrowieniem dla Kuby, Janka, Mariana, Mariany, Lado i Tych Wszystkich, których przez swoje pamięciowe niechlujstwo imion nie pomnę, a których osoby zachowam w najlepszym wspomnieniu fantastycznych chwil przeżytych wspólnie na wietrznej Kralovej. Co byśmy zdrowi byli i za rok w niemniej efektownych okolicznościach przyrody mogli świętować radosne starego i nowego roku spotkanie, trzymajcie się!
Tomek
Na dniach podrzucę tu jakiś filmik z imprezy z przyległościami...
komentarze: dodaj

Der Berg ruft! Do zobaczenia w Nowym Roku!

więcej...
2012-12-28
Do zobaczenia, usłyszenia i przeczytania już w 2013 Wszystkim!
Przywitajcież Go godnie...! :)

Wesołych Świąt!

więcej...
2012-12-17
Najlepsze życzenia atmosfery wspaniałych, rodzinnych, wesołych świąt Bożego Narodzenia
drogim kompanom wspólnych wędrówek górami dolinami, szlakami mijającego sezonu przewodnickiego,
tym, których w kończącym się roku los postawił na mojej drodze gdzieś tam, w stronach bliskich czy dalekich,
wszystkim, którzy wpadają tu choćby czasem zajrzeć, Wszystkim Wam samej radości na ten wyjątkowy czas.
Tomek więcej...
Poza życzeniami dziękuję wszystkim Wam, dobrym ludziom, których poznałem przez udział w Summitpost, dziękuję za pamięć i wsparcie w niedawnych chwilach najtrudniejszych. Utwierdziliście mnie w wierze w niezniszczalne człowieczeństwo
i udowodniliście zarazem jak bardzo pożytecznym i użytecznym medium w sferze przekazywania pozytywnych emocji,
bądź dobrych słów, co pomagają powstać z kolan może być ta sieć. Internet, tylko i aż. Jesteście wielcy.
Że wspomnę tutaj o Cedar znad jeziora Tahoe, Roberto, Silviii, Jacku, Timie, Vidzie, Larrym, Chadzie, Kathy i innych, dobrych ludziach. Dziękuję.
Cedar! Roberto! Wracajcie! Radosnych Świąt!
komentarze: dodaj

Wieczorem pod Rysami. Latający spodek nad Tatrami lata wysoko.

więcej...
2012-12-08
Poroztocki, niedzielny wyskok na Rysy od południa miast naszych życzeń co do wieczornej scenerii wyścielających okoliczne doliny mórz mgieł miał nam do zaoferowania klasyczną panoramę oczekujących nadejścia prawdziwej zimy późnolistopadowych gór. Słonecznie w ciągu dnia i pusto na podejściu, w okolic skutych lodem Żabich Stawków napotkaliśmy tylko drucha chatara ze schroniska powyżej, żałował, ale właśnie zamknął i schodzi... Sama Chata pod Rysami niczym nie śmigana funkiel nówka połyskuje w słońcu rozpoczynając nowe życie, szkoda, że zamknięte. Ten wielki, nowy, zielony, sławny już piec to coś, czego trzeba dotknąć. Poniżej trochę wylanego lodu na klamrach, zachody pod Ciężkim w stronę Kogutka już zawiane śniegiem. Waga wita nas huraganem. Tajemniczy, samotny ślad schodzi przez nawis w otchłań Ciężkiej, Kuba ucieka do góry, na szczyt w pogoni za słońcem, ja zaczynam pstrykać... więcej...
Na południe horyzont zamyka gotujące się morze chmur przelewających się przez grań Niżnich, bliżej na tym pięknym tle
w kontraście do jaskrawości słonecznej poświaty, niebo rysują ostre sylwety Kopy Popradzkiej i Baszt z Szatanem, na samym dole Mordor... Tuż obok okrywająca się właśnie królewską purpurą Wysoka, dalej Gerlach przez skalne wrota grzbietów podziwiany, cały w złocie. Za odbijającą wycie szalejącego wiatru granią, ku wschodowi spoglądając: ostatni dotyk zachodzącego słońca ogrzewa wierzchołek piramidy Kołowego i potężną kopułę Lodowych szczytów prześlizgując się jeszcze przez chwilę po szarpanych graniach Świstowego, Grota i Dzikiej Turni. Pierwsze całkiem gasną Bielskie, po przeciwnej stronie, mocno pochylony Krywań też wyraźnie przysypia. Noc już od dolin nadciąga, gdy na niebo wpełza jasny księżyc,
a pędzona dzikim wiatrem z północy, przepoczwarzająca się bezustannie w locie, zdumiewająco samotna, średnich rozmiarów soczewkowata chmura przecina pośpiesznie ów widnokrąg niczym jakiś kosmiczny latający spodek.
Latający spodek między księżycowym niebem a Tatrami...
Żywot pięknej chwili krótki, zapada noc. Pod powiekami wciąż frunie przez przestworza. Pstryknięte.
komentarze: dodaj

Szklana pułapka i dobre duchy Nowego. Hawrań story. To już 6 lat.

więcej...
2012-11-30
Pamięć o tej jednej nocy ciemnej pod Hawraniem wciąż całkiem dobrze sie trzyma i z wraz końcem każdego kolejnego listopada powraca do mnie we wszystkich szczegółach, pozostając w horyzoncie mojego, raczej wyzutego z ambicji bycia sportowcem eXtremalnym górskiego życia epizodem najbardziej dojmującym, najwyraźniej nieprzelicytowanym wciąż przez żadne przykre, a nawet bolesne wpadki i wypadki późniejszej łazęgi po rozmaitych górach, lasach i dolinach, których to los przecież nie zwykł mi nigdy szczędzić.
Na tę mało imponującą, ale mocno osobistą odpustową okazję, zdań dopowiedzenia z sednem czy bez sedna kilka. więcej...
Długiej, listopadowej nocy ostatniej 2006 roku, tej właśnie nocy pamiętnej pod szczytem Hawrania zapoznałem raz i na raz
z bliska być może wszystkie odcienie ciemności i samotności, wystawiony na znęcającą się i nad mózgownicą i resztą ciała próbę ognia, test cierpliwości trwania w obliczu własnego całkowitego nieprzygotowania do wcale poważnej wyrypki i nieoczekiwanej zasadzki autorstwa szklanych gór i nagłego załamania pogody. Sprowokowane głupią rutyną i lekceważeniem niesprzyjających okoliczności Tatry odpłaciły mi wtedy pięknym za nadobne, kopniakiem, z którego naukę w obliczu każdego wyjścia w góry tudzież nieznany, dziki teren bez perspektywy oparcia w zdobyczach cywilizacji staram się wyciągać do dziś
i chyba w sumie lepiej niż gorzej to wychodzi, bo póki co zawsze się jakoś na te cztery łapy spada...
Wtedy, tam wysoko, w zapadających ciemnościach, od chwili, gdy stojąc pod północnym uskokiem skalnego wierzchołka dotarło do mnie, że nie mam już możliwości bezpiecznego odwrotu drogą północnego podejścia czekało mnie 17 godzin dreptania przez mieszającą w głowie i kuszącą tylko złą podpowiedzią ucieczki na skróty - lodowatą pustkę z przemykającą obojętnie tuż obok rogacizną, 17 godzin chybotliwego lunatykowania góra dół w letnim ubraniu, bez wody, bez światła, bez prawie wszystkiego, co by się akurat przydać mogło... 17 godzin to na plecy to na gębę, zasypiając w mroźnej wichurze albo trzęsąc się nad krawędzią czarnej otchłani, zeszklonego lodem skalnego progu w akompaniamencie lawin lecących gdzieś pod Nowym, tą samą górą, która wygrażając mi wpierw grzmotami śnieżnych obrywów, kilka zimnych godzin później wysłała mi naprzeciw forpocztę zjaw mglistych, dobrych duchów grani szczęśliwego powrotu, wskazujących szansę zejścia
w Koperszady, gdzieś tam. 17 godzin wiary i szczypania się w policzek, czy aby to wszystko dzieje się naprawdę,
z wmawianym sobie zacięciem ku zachowaniu resztek rozsądku wbrew omamom ze zmęczenia i wychłodzenia, nie chcące się skończyć godzin siedemnaście aż do porannego happyendu w zapłakanej mżawką, martwej i ponurej jak nigdy Jaworzynie. Ktoś przejeżdżający kazał wsiadać, parę chwil potem wylądowałem na krzyżówce w Jurgowie, a potem było jak było...
Jakimś cudem ocalony, jedyny obrazek widoku owego zmierzchu sprzed sześciu lat, wykopany przypadkowo z domowych odmętów, powyżej.
Dystans tych sześciu lat, z całym bajzlem tego wszystkiego, co zdążyło mi się pózniej w życiu przytrafić tylko utwierdza mnie w przekonaniu o wyjątkowości tamtych, późnojesiennych wypadków pod nigdy więcej nie niepozornym dla mnie Hawraniem. Tamtej nocy, swą ostatnią kartę zapisała historia ponad dziesięciu lat, wspaniałego, nie waham się użyć tu tego słowa - romantycznego odkrywania Tatr, życia nimi i patrzenia na nie ciągle oczami dziecka wypatrującego w tajemnicy gór tego lepszego świata. Śnieżna wiosna, pełne nowych szczytów lato, Nierozjebywalni ze Staroleśnej, Pośrednia, rejterada spod Czarnego, koleby, wrześniowy raj Jaworowej i niekończąca się, ciepła i słoneczna jesień 2006 roku. Ostatni, ostatni taki sezon. Nigdy potem Słońce Cubryny nie wzeszło już tak wysoko...
komentarze: dodaj

Na koniec sezonu. Roztoka 2012

więcej...
2012-11-28
Jeśli koniec sezonu turystycznego to rzecz najzupełniej względna, to koniec sezonu przewodnickiego dla tych zrzeszonych
i tych wszystkich "sympatyzujących" z Kołem Przewodników Tatrzańskich im. Maciej Sieczki z Krakowa bezwzględnie równa się tradycji uświęconej zwyczajem wspólnego, podsumowującego mijający przewodnicki rok spotkania w Tatrach, od lat niezmiennie w ostatni weekend listopada, jak zawsze pod gościnnym dachem schroniska w Starej Roztoce. Poranne, sobotnie, szkoleniowe wyjście do Strążysk z dyrektorem TPN Pawłem Skawińskim(m.in. perspektywy i najbliższe plany aktywności TPN w kwestiach modernizacji i racjonalizacji infrastruktury rejonu Łysa Polana - Palenica Białczańska) i tradycyjne uroczyste złożenie wieńców z okolicznościowymi wspomnieniami przy grobie patrona na Pęksowym Brzyzku poprzedziły więcej...
bogato rozśpiewany i zgodnie z tą samą linią tradycji nieskromnie zakrapiany program głównej, wieczornej imprezy w samej Roztoce, przy watrze, przy księżycu ponad białczańskim lasem... Spotkanie tegoroczne obeszło się niestety bez blachowania, uświetniła je natomiast zupełnie sympatyczna ceremonia wręczenia klubowej nagrody "Tatrzańskiego Mnicha" przyznawanej za wybitne osiągnięcia na polu najszerzej pojmowanej twórczości z górami, z Tatrami związanej. Oryginalną statuetką towarzystwo uhonorowało tym razem ogrom pracy twórczej, odwagę i bezkompromisowość w dążeniu do prawdy, prawdy choćby najtrudniejszej... znanego, zakopiańskiego pisarza i dziennikarza Wojciecha Szatkowskiego autora głośnej
i szeroko dyskutowanej w mijającym roku książki "Goralenvolk - Historia zdrady" - dzieła monumentalnego, odsłaniającego na nowo genezę i kulisy wzbudzającego wciąż tak wiele emocji, trudnego i często przemilczanego wątku kolaboracji górali podhalańskich z hitlerowskim okupantem w czasie II wojny światowej pod szyldem idei "Goralenvolk" właśnie. "Sieczkowe wyróznienie" tegoroczny laureat odebrał z rąk zwycięzcy plebiscytu ubiegłorocznego - dyrektora TPN Pawła Skawińskiego, który razem z delegacją TOPRowską w osobach Adama Maraska, Romana Szadkowskiego i innych zaproszonych gości bawił z przewodnikami w Roztoce do późna, hen w noc, którą wypełniły hulanki, dalsze kolorowe degustacje i długa posiadówa
w czasie, której udało nam się, całkiem już rozanielonym z miejsca odlecieć w ...zawsze zdumiewającą zmysły bieszczadzką przestrzeń i za tą euforyczną wspólną wojaż nieskrępowanej wyobraźni wielkie dzięki z najlepszymi pozdrowieniami dla Wojtka i Moniki.
Niedzielny poranek wstał brutalnie szybko, łagodniejąc odrobinę za palenickim szlabanem, gdzie całą ferajnę, udającą się na też tradycyjne poprawiny roztockie przy ognisku na Rusince pożegnałem, witając jednocześnie, miesięcy naście niewidzianego, dobrego druha irlandzkich ekscesów niegdysiejszych Kubę, którego "Rusłanem" następnie dotoczyliśmy się do witającego pełnym słońcem późnojesiennego przedpołudnia Szczyrbskiego, by w atmosferze wspomnień i scenerii czekających już tylko zimy zrudziałych Tatr ruszyć w stronę Rysów, polując na wieczorne morza chmur w dolinach u stóp...
Łeb ciężki, mocno wczorajszy zelżał chyba dopiero w huraganie nad Wagą. Był potem i księżyc i wyszynk poza czasem,
były P... i widok święty na wyłączność i długa rozmowa w drodze powrotnej, kojący lek na cały, przygniatający ciężar
historii tego miesiąca, na listopadowych Tatr pożegnanie.
komentarze: dodaj

Listopadowe noce. Żegnaj.

więcej...
2012-11-16
Listopadową nocą szedłem... Mrok i ból, zakole Jaurujoki, szósty dzień lapońskiego wyobcowania od wszystkiego, nadzieja na drugi brzeg, coraz bliżej niczego, stalowe niebo podpiera łokcie o wymarłe wrzosowiska, roni łzę. Telefon. Słyszę twój głos jakbym stał pomiędzy dwoma światami, nie do wiary, trzymaj się! Król bagien rzuca spojrzenie, odchodzi. Keskipakat, zanurzam się w mokrą, zimną czerń... Gwiazdy gasną, kurtyna tajgi opada, kontur znika, moczary bez końca, brnę...
Na azymut, na wiarę, deszcz przesłania blade światło czołówki, pot miesza się z mżawką i dzikim błotem, upadam w brunatny torf i wstaję, gdzie jesteś do cholery!? daj znak... wolna przestrzeń, skraj lasu majaczy, blisko czy daleko, byle jak, byle tam, tonę, pełznę, gdzie jesteś kurwa... iść ciągle iść, póki sił... rozdroże, brama... jesteś... zawieszona w bezkształtnej ciemności, zagubiona - odnaleziona, Manto-oja ...moja, w samym sercu bagien krainy przycupnęłaś. Woda, światło, ciepło, myśl o domu, ocalenie, najdłuższej listopadowej nocy życia naiwnie beztroskiego wspomnienie... więcej...
sprzed roku do dnia niemal dokładnie, którym - wciąż nie dowierzam temu co piszę - nie zdążę się już z Tobą podzielić...
Byłeś, gdy to się zaczęło i czekałeś tutaj na koniec każdej mojej historii. Ty, niestrudzony latarnik, zapach i smak dobrych czasów, szczęśliwego powrotu. O tak, kochałem tu wracać, tu, gdzie zawsze byłeś, zawsze... Dobre czasy, stare kąty
i miejsca wokół najbliższe, wszędzie pełno Ciebie. Cisza. Ta listopadowa noc, noc bez brzasku. 6:27, dzwonek telefonu wyrywa ze snu, wyrywa serce. Zimny, obojętny korytarz na trzecim piętrze, okno na południe, widok twój ostatni. Cisza. Mieliśmy przecież spotkać się po śniadaniu, przecież miało być dobrze! Bez pożegnania, tak nagle, odszedłeś.
Pusty kąt, miejsce przy stole, pantofle, koc, buty, zegarek, nikt już w oknie nie stoi, nie czeka, zgasło światło, cisza.
Patrzeć w niebo, marzyć o rzeczach niemożliwych, usłyszeć głos, zobaczyć znak, uwierzyć... Gdzieś, tam musi być lepiej.
Do zobaczenia. Dzięki za wszystko Tato, mój Tato... Cześć!
Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego
Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się nie umierać
kochamy wciąż za mało i stale za późno
Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny
Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą
Jan Twardowski
komentarze: dodaj

Obnoga. Było sobie takie miejsce...

więcej...
2012-11-05
Mało co, tak jak listopadowa melancholia zamiatającego stare liście ponurego, wietrznego przedzimia w atmosferze snujących się płasko mgieł i schyłku sezonu, mało który czas w roku tak sprzyja tęsknym retrospekcjom...
Są takie miejsca, także poza domem rodzinnym, do których ustawiczne powracanie myślą i wędrówką staje się wręcz składową ludzkiej tożsamości. Bezpieczny azyl i spokojna przystań pośród największego życiowego sztormu, cudownie nierzeczywisty kawałek świata, gdzie nic nie musisz, gdzie pośpiech miasta nigdy nie istniał, gdzie każda spędzona chwila jest złotem. Są takie miejsca i moje miejsca, które nie raz przemkną w ciągu słów pisanych na tej stronie wciąż jakoś szczęśliwie trwają, czesto na przekór pseudoplanistyce dyktowanej powszechnym imperatywem bezmyślnej "innowacji", wciąż żyją swoim naturalnie ustalonym biegiem spraw. więcej...
Miejsce, o którym tu i teraz wspominam swoją szczęśliwą kartę już zapisało w sercach wielu włóczykijów, bieszczadzkich łazików - przechodząc do historii, na półkę z najlepszymi wspomnieniami równe pięć lat temu.
Bieszczadzka Chatka pod Obnogą skrywana w ramionach kniei Bukowego Berda spłonęła z początkiem listopada 2007 w mocno kontrowersyjnych okolicznościach. Było sobie miejsce, wspaniałe miejsce było, komuś widać wadziło...
Odpowiadając niejako na echo własnych, niedawnych fińskich wspomnień z przykrością stwierdzić mogę jedynie, że Laponia jest dla nas Polaków za wielka, mentalnie do niej ciągle nie dorośliśmy. Brak wzajemnego zaufania równa się zawsze bezsensownej destrukcji, a marzenie pozostaje tylko marzeniem ...oby nie na zawsze. Stać nas na więcej?
I obyś miał zawsze dokąd wracać z radością.
komentarze: dodaj

Non omnis moriar. Słońce Cubryny nie zachodzi nigdy.

więcej...
2012-11-02
Na ten Dzień Zaduszny.
Ku pamięci wszystkich Tych, których górskie marzenia zaprowadziły na Niebieską Grań wpis ten dedykuję.
Ku pamięci Tej, którą tęskny sen o Hawraniu powiódł słoneczną prerią pachnących słońcem traw ponad Szczęśliwych Powrotów Doliną poza krawędź życia, ku obietnicy wiecznego spokoju, hen pod niebem, tamtego pięknego październikowego dnia... Milcząca opowieść, której mimowolnym świadkiem się stałem, a wystawiona niegdyś i tu
na życiową próbę wyobraźnia, bodźcem ugodzona, samoistnie zrekonstruowała mi przebieg dramatu.
Gdybym tylko wiedział. Z tysiąca pytań, każde kolejne góry skwitują ciszą zaklętą... więcej...
Wasze marzenia żyją i trwać będą w duszach bratnich, na przekór piętnu doczesności wciąż ku górom
swe oczy wznoszących.
A światłość wiekuista niechaj Wam świeci.
komentarze: dodaj

Złoty wiek. All in good time.

więcej...
2012-10-26
Przypadek czy siła wyższa nie wiem, ale zrządzenie losu karkołomne, że najgorszy moment mojego dotychczasowego życia poprzedziły jedne z absolutnie najpiękniejszych dni na przeciąg wielu lat wstecz...Słowa te piszę parę tygodni później niż data pod nagłówkiem tego wpisu mogłaby sugerować. Najwspanialszy październikowy czas jaki pamiętam, bez krzty pośpiechu, bez zobowiązań, hulaj dusza, co wpadnie w oko i pod kopułę to jazda! Znad Dunaju przez - dosłownie unurzane w szalonej palecie barw, buzującej słońcem jesieni z marzeń wyjętej - kolejne pasma Karpat Słowacji z wyskokami w Raj i na Kralową Holę aż po bajkowe uwieńczenie wagabundy w tej przystani pod Muraniem, co w trwaniu poza czasem nieustannie się doskonali. Łapszankowe wschody i zachody, Spisz i Jaworzyna wyśniona, wytęskniona, właśnie taka, na dalekim marginesie całej tej zjebanej filozofii kopniętego butem złośliwego demiurga mrowiska i szczurzego kołowrotka, bez zmian, na cyklicznym odcinku przygotowań do zimy, która już dwukrotnie tej jesieni zdążyła postraszyć w Tatrach... więcej...
Żywe cudo okopane w oblężeniu. Nie będąc faktycznie stąd, dusza wyrywa się chcąc tutejszą być. Dziś wyjedziesz, jutro czarna dziura w głowie zionie... Wspomnienie czasu, co nie ucieka, zagadki każdego, ciemnego już poranka, bezruchu południa, co nic nie łączy niczego nie dzieląc, wieczornych spotkań z ludźmi przypadkowo zawsze nieprzypadkowymi, z setką Horca na dobranoc i ze śpiącą Osturnią ukrytą we mgle za górami, gdzie tylko knajpa się budzi i już na wejściu zbeszta cię kawą po turecku... z dygocącą z zimna cygańską zgrają czekającą na pierwszy autobus żałośnie bladym świtem na poboczu drogi w Rakusach czy gdzieś tam, z pijaną ferajną do góry kołami ponad Sumiacem, co jej prosta droga zbyt krętą się nagle zrobiła, z z kapuśniakiem wszechczasów pod Jaskinią zawsze po drodze, z tuzinem klisz i epizodów, których następstwo dobrze znasz, a na które zawsze czekasz z taką frajdą w sercu, w czasie dotykalnego schyłku, pośród ostatnich podrygów ciepłego sezonu między zaglądającymi coraz częściej w doliny mglistymi zwiastunami zmiany pory roku...
Za dużo, za ckliwie ? Gdybym tego naprawdę tak nie przeżywał to bym i epitetem tak nie sypał.
Wschodem Słowacji i Łemkowszczyzną wzdłuż Karpat, Podoliniec, Lubowla, Bardejów, Świdnik wreszcie Dukla, do domu.
Tu też, dobre, ostatnie chwile po staremu.
Javorina dream. Zaraz wracam.
Z pozdrowieniem dla Adama i Franka.
komentarze: dodaj

Ogród wrażeń niespodzianych. Naddunajskie spotkania. Dead Can Dance w Budapeszcie.

więcej...
2012-10-23
No tej niespodzianki to bym sobie nie fundnął, gdyby nie poniedziałkowy Teleekspres i gadka tamże jakoby tego samego wieczoru jeszcze Dead Can Dance dawali koncert w Kongresowej... Kopara mi opadła i głupio się zwyczajnie zrobiło.
W szczycie amoku z cmokaniem nad ich najnowszą produkcją ("Opium") takie gapiostwo! Rękę z nocnika wyciągałem szybko wytropiwszy w sieci ostatnie(w skali całego europejskiego tournee DCD!) wejściówki na koncert w Budapeszcie dnia następnego. Przedłużające się leniwe oczekiwanie na jesienną Jaworzynę raptem czekaniem być przestało, wszystkie pieczenie na jednym ogniu stanęły, za kółkiem w stronę słońca, na południe i paręnaście godzin później melduje się już pod Laszlo Pappem więcej...
w stolicy Węgier. Jazda ? zabawa... najlepsze czasy samochodowego rejsu na Daleką Północ i z powrotem z lata 2010 od razu się przypomniały. Kurtuazyjny wypad na dworcowego gyrosa i browara pod Keleti, klimaty rodem z przedwojennej Lodomerii, strasznie lubię te okolice. Mijam tuzin ciemnych zaułków i zarastające pokrzywą bramy podupadłego nieco stadionu Puskasa parujące jeszcze świeżym, kibicowskim moczem. Dopiero co wczoraj Madziarzy puknęli tu w ładnym styluTurka 3:1. Hala fajna, miejsce niezłe, światła gasną. Młodociany support wydobywa feerię niesamowitych dźwięków z czegoś, czego nigdy nie posądziłbym o możliwość bycia instrumentem muzycznym, zaczyna się! Wieczorny szoł "Umarłych" z każdym kolejnym numerem wchodzi na wyższy level wtajemniczenia, ekscytacja przerasta oczekiwania.
To teatr. Gerrard, Perry i spółka naprawdę dają radę, sztuka, nie tam żadne udawanie, wokal ostry niczym sztylet przeszywający, idioglossia bajka! Instrumentarium: muzyka świata w wydaniu ichniejszym, autorskim, czyli wyobrażalnie najlepszym. Pytanie co by było gdyby ten spektakl robić z orkiestrą symfoniczną ? Koniec świata chyba. Magiczny, klasyczny Rakim i etnosolówki Brendana. Popisowe "The Host of Seraphim" Lisy z dreszczami biegającymi po plecach czy wprost miażdżące wykonanie "Sanvean", nie wspominając o majestatycznym "Return of the she-king" odśpiewanym na ...trzeci bis, odsłuchanym na baczność z chyba nawet kręcącą się łzą w oku i jednocześnie jakimś przerażeniem w środku, że to już koniec, że zaraz definitywnie zejdą ze sceny i zalegnie cisza. Wrażenie nokautujące nadspodziewanie. Szokującą doniosłością tchnąca, tak skromna i anielska zarazem, sceniczna kreacja Lisy Gerrard tutaj przywodzi mi swoją siłą na myśl tylko niegdysiejszą aurę frontmeńskiej figury Gahana z dawnych bardzo czasów World Violation Tour, jakaś nieokreślona, tak uderzająca duma, bezpośrednio zupełnie nieporównywalna, a owe podobieństwo udaje mi się tylko po odarciu postaci obojga artystów z tak różnych kontekstów stylów muzycznych w jakich przez lata zdążyli się zakorzenić i jakie szczęśliwie nadal z takim polotem reprezentują. Treść, co formę przerasta. Mnóstwo Polaków przyjechało specjalnie. Wszystko to gra we mnie jeszcze noc całą. Dnia następnego, co taki obiecujący pogodowo się dźwignął wyjechałem za rogatki miasta, by pod Szentendre zabrać czekającego już na mnie Petera, dobrego drucha karpackich opowieści, co 1,5 roku wcześniej podjął mnie, wracającego wtedy z wiosennego wypadu w Prokletije piękną gościną. Fantastyczny, pażdziernikowy dzień wypełniła nam wagabunda po atrakacjach Zakola Dunaju, na którą złożyły się piesza wycieczka z Dömös na wierzchołek Prédikálószka, najwyższej góry w okolicy z genialną panoramą na Zakole Dunaju, masyw Börzsöny i Góry Wyszehradzie i Pilis. Karpaty już dawno zdążyły pożółknąć, gdy tutaj tymczasem wciąż zielono. Na górkę wdrapaliśmy się malowniczą, upstrzoną powulkanicznymi ostańcami grańką o tradycyjnie, jak to tutaj dla przybysza bezsensownie brzmiącej nazwie "Vadálló-kövek", stanowiącej krawędź dawnej kaldery wulkanu. Przeplatane posiadówami popołudnie strawiliśmy dalej wjazdem wysoko na zamek w Wyszehradzie i przebieżce po Szentendre, którego uliczek, po 14 latach, jakie minęły od wycieczki z liceum zupełnie nie mogłem skojarzyć. Rozstaliśmy się na parkingu tuż przed Mostem Małgorzaty, Peter żonkoś świeżo upieczony, więc obowiązki wzywają, ja natomiast ruszyłem w Budapeszt nocą. Skupiające cały ruch turystyczny, naddunajskie dzielnice i złociste iluminacje architektonicznych perełek tego miasta zrobiły na mnie znów, po latach, spore wrażenie. Na spanie pojechałem przez ciemne, bukowe lasy wzgórz Pilis i Dobogókő do samego Esztergom. Poranne zwiedzanie znowu w pełnym słońcu i naddunajskiej bryzie. Katedra przytłacza ogromem, a podzamcze wydaje się być superklimatyczne, fajnie by było kiedyś chwilę dłużej posiedzieć. Z drugiej, słowackiej dziś strony, za długim mostem Marii Walerii od Štúrova, czyli dawnych, osławionych bitwami Párkánów ostrzyhomskie wzgórze prezentuje się jeszcze bardziej imponująco, mając być może w założeniu wzbudzać odpowiedni respekt wśród tych, nadciągających w różnych celach z Północy. Śniadanko i ruszam dalej. Dumny Sobieski w szarży na rumaku przemyka mi w bocznej szybie, znad Dunaju nad Ipolę, Zwoleń i dalej hajże na przełęcze, Jaworzyna czeka!
Dzięki za wszystko Peter!
komentarze: dodaj

Podziękowania

Serdecznie dziękuję za współpracę w tworzeniu strony:
Wojtkowi Kościelniakowi /nethium.pl/, Larremu Carreau, Ericowi Visentin, Radu Paltineanu, Ericowi Chumachenco, Tomasowi Kristofory, Peterowi Budai,
Artjomowi Romanowowi, Roberto Guasco, Tizianie Ciaghi, Lukasowi Zemankowi, Enrique Zozaya, Lolli P., Paulo Roberto Felipe da Silvie, Samerowi Hajricowi,
Vidowi Pogačnikowi to be continued...
"Nic nie czyni ziemi tak ogromną, jak posiadanie Przyjaciół gdzieś daleko; to Oni "wyznaczają" na niej długości i szerokości geograficzne" - Henry David Thoreau
© 2011-2014 Tomasz Świst ◊ odwiedzin: 456945 ◊ użytkowników online: 2strony internetowe Łódź ◊ czas html: 109ms