Przewodnik tatrzański, Tomasz Świst, Home

Witaj na Lodowym,
Po stronie pasji gór
i przygody.
Zapraszam
do wspólnego wędrowania!
Zamów wycieczkę teraz!

Przewodnik tatrzański zaprasza w Tatry, Pieniny i okolice

Kompleksowa obsługa pobytu w górach i opieka przewodnika tatrzańskiego dla grup i turystów indywidualnych.
Wycieczki górskie w Tatry i Pieniny o rozmaitym stopniu trudności oraz tury objazdowe szlakami zabytków
historii i kultury krain podtatrzańskich Polski i Słowacji. Cennik usług. Rabaty dla grup szkolnych. Serdecznie zapraszam!
Przewodnik tatrzański. WYCIECZKI SZKOLNE 2018 - Maj, czerwiec - wolne terminy.
Tel. +48 603 531 835
komentarze: dodaj
imię: Nikita
2012-03-27 23:43
Gdzież to tym razem wiatr uniósł Cię na swych skrzydłach?

Aktualności

Przewodnik tatrzański. Reaktywacja.

2018-04-30
Nim maj w głowie zawróci, nim syreniego śpiewu echo stron dalekich ducha nie opęta... dobrze tu być!
Po latach włóczęgi wróciłem z wiosną do karpackiego matecznika. Błyszczące Tatry za oknem, Lodowy ze śniegów raźno już się wykluwa zwiastując, że sezon gwarnych wycieczek i radosnych spotkań z przyrodą niebawem znowu wchodzi na afisz. Fabryka dobrych wspomnień, przewodnik tatrzański ponownie na rodzimym górskim szlaku.
Wycieczki szkolne i wszelakich ciekawskich tatrzańskiego świata, serdecznie zapraszam!
+48 603 531 835
Tomek
komentarze: dodaj

Wiosna na start!

2018-04-20
Cóż nad wiosnę... cóż nad ten fenomenalny świata rozkwit co trzeci już tydzień nam się w niemal letnie szaty przebiera!
Zimą chyba wszyscy zdążyliśmy się już nasycić, i ta, zwykle tak kapryśna, nasza karpacka śnieżnych obowiązków do późnego marca dopełniła, więc apetyt życia, światła i ciepła powrócił i rośnie naturalnie i kalendarzowo, na czas! Bliżej maja niepostrzeżenie, lazur na niebie, bieszczadzkie i tatrzańskie doliny już wykwiecone, knieja zielenią eksploduje, a i śnieżnych jęzorów hen wysoko w wierchach dla najwytrwalszych fantazistów skialpu ciągle pod dostatkiem. Gruszek w popiele nie zasypiajcie! Kto żyw, komu słońce bratem! W góry marsz! Łapcie chwilę!
komentarze: dodaj

Ku Chwale Ciszy. Zima w Laponii 2018.

2018-04-12
Subarktycznej sagi rozdział następny. Magia północnych rubieży ani myśli przestać czarować i niczym jakiś wirus wdziera mi się w tkankę codzienności każdej kolejnej jesieni schyłkiem żywiąc się niegasnącym, od pierwszego jakże pamiętego razu niemal siedem lat temu, sentymentem. Romantyczna gorączka zwykle postępuje i wzmaga się wraz z kreśleniem niemożliwie wyrypiastych, gigantycznych planów w poprzek mapy borealnych kniei i pustaci. Nie inaczej było i tym razem i podobnie jak rok wcześniej, rozbuchane ambicje i marzenia rychło zweryfikowało zderzenie z bezwzgledną surowością lapońskiej zimy. Miast gonić szalonym slalomem czas i dystanse od rosyjskiej granicy po Halti, długie i wyjątkowo mroźne, a przy okazji też niezwykle słoneczne siedem tygodni strawiłem na zaległych eksploracjach i odwiedzinach ulubionych miejsc, przecinając najczęściej dziewicze śniegi serca zimy perłowego miesiąca Laponii Wschodniej. Wyruszyłem ze znajomej z Laponiady 2015 Naruski przez puszczańską Tuntsę z wymuszonym gwałtownymi przygodami, ale jakże efektownym bazowaniem pod baśniowo zmarzłym Sorsatunturi, ze szczęśliwą Kemihaarą pośród rekordowych mrozów(-36) i przytulnymi kątami starych chat śnieżnej Itakairy zawsze po drodze. Kontynuując przedłużającą się, coraz bardziej postną turę przez głuche uroczyska zastygłych w ciszy bystrzy Jauru ku pełnemu dobrych spotkań Luiro, nad Suomujoki, górą i doliną do Saariselki, którą osiągnąłem 8 marca wieczorem. Po weekendowej regeneracji udałem się do Inari skąd po złotych horyzontach podziwianych do późna z wierzchołka Otsamo wyprawiłem się w stronę Hammastunturi. Dwa tygodnie włóczęgi przez tonącą w ciężkich śniegach północną dzicz, tyle lat przed moimi zakusami umykającą, obfitowało w dopusty wszelkiej maści. Mordercze, wielogodzinne przeprawy bez cienia śladu przez panoramiczne wyżyny i wietrzne tundry, kluczenie za skrytymi w tajdze chatkami widmo spoza map, a nawet wiedzy tubylców, w absolutnej samotności i w najlepszej fińskiej kompanii, z trzaskającym mrozem i złotym słońcem za pan brat po magię niekończących się nocnych zorzowisk. Po ekstazie legendarnych kabin nad Appislompolo i Riekkojoki i bolesnej batalii wyjścia ze śnieżnej matni ku Kultali nad Ivalojoki finiszowałem długim marszem skutą najgrubszym od lat lodem Sotajoki po chaty poszukiwaczy złota i dalej ku drodze do Kuttury skąd mało ducha nie wyzionąwszy w wyczepującym człapaniu, wyniszczony słońcem, mrozem i odległością dopełzłem szczęśliwie do Saariselki z przystanią i azylem w oryginalnej, modernistycznej chatce Aurorze, co ją tak sobie hordy japońskich nocnych marków ulubiły... Tyle w terenie. Zbiorów wspomnień dopełniłem wieczorami rozmów o Ciszy Dalekich Stron z dobrymi duszami moich Laponiad sprzed lat. Przesympatycznym prologiem u Sirkki w Kemijarvi i wyczekiwaną długo, jakże gościnną audiencją w progach pałaców legendarnej Księżniczki Itakairy nad lodowym krańcem Bałtyku. Na wskroś lapońsko, zwyczajnie aż nadzwyczajnie!
komentarze: dodaj

Góry z mgły. Ural Subpolarny 2018

2017-10-15
Psu z gardła ten wrzesień wydarłem! Zimowe perypetie w tundrach Workuty z wielkanocną rekluzją nad Sobem pozostawiły niedosyt pomsty wołający... Rankiem 7 września wylądowałem w poduralskiej Incie skąd górskich grani próżno było nawet jeszcze wypatrywać. Po niezbędnych urzędowo-sklepowych ceregielach jeszcze tego samego wieczoru wymaszerowałem na wschód, wtapiając się w fenomenalną soczystość tajgi Jugyd Wa... 130 kilometrów bagiennych lasów, rzecznych brodów i bezkresu tundr, na trakcie do Żełannej(starej kopalni kwarcu w głębi gór) wydawało się wyzwaniem wymagającym zaparcia i cierpliwości w kilkudniowym marszu przez tę krainę niepogód tymczasem jak się szybko okazało moja samotna wedrówka ku górom tak zdumiała udających się w sobotni poranek to na polowanie, to na ryby miejscowych, że mijając dziwnego, pstrokato objuczonego włóczęgę nie mieli serca mnie nie podwieźć choćby kawałek. Tym sposobem między czystą wódką a reniferową zakąską po błotnych przeprawach dostałem na tzw. pierwszy perewał skąd moim oczom po raz pierwszy ukazał się chmurny i pobielony świeżym śniegiem wał Uralu Subpolarnego...
komentarze: dodaj

Cztery Świata Strony. Od Końca do Końca. Rosja 2017

2017-06-30
30 000 kilometrów, 75 dni i bity, ruski miesiąc życia w pociągach... od monumentu Moskwy przez wiosenny przestwór Sybiru z błękitną źrenicą Bajkału i jego tajgowych gór po lodowe majaki japońskich mórz. Od huraganowych tundr Workuty i wiecznej zimy Uralu Polarnego po kwitnące doliny niebosiężnego Kaukazu. Ogrom Rosji bez upiększeń, bez uprzedzeń i bez literackich dopowiedzień, z tysiącem spotkań, odkryć i zaskoczeń w drodze bez kresu przez melancholię Eurazji. Marzenie spełnione. dobrych wspomnień moc. Niech no tylko to wszystko strawię... Co nieco w galeriach.
komentarze: dodaj

Miesiąc w tajdze. Laponiada 2017

2017-04-05
Luty mija, marzec bieży. Nie zmienia się nic. Północ wzywa. Laponia na całe zło!
Szkic nowej laponiady zakładał wielką pętlę przez znajome tereny Parku Kekkonena, ale z wieloma nowymi eksploracjami chatek i rejonów i wysuwającym się na pierwszy plan śmiałym narciarskim trawersem przez bagna Repoappy, z zachodu na wschód ku nieodwiedzonym przeze mnie dotąd chatkom w dziczach Kemihaary zahaczając o tajemne miejscówki nad Auhtijoki.
Drugi etap, po oddechu w Saariselce, miał być sentymentalnym powrotem po 5 latach nad rzekę Ivalo, wizytą u Terhi w Kutturze, a przede wszystkim przejściem przez właściwe Hammastunturi, a więc zima do syta w rekompensacie za tak postny i bezśnieżny ubiegły sezon. więcej...
Zakupy sprzętu(narty metsa, pulka itd.) w przepaskudnie słotnych Helsinkach okazały się nie lada kombinacją i gdyby nie pomoc Janiego naprawdę nie wiem jak bym z tym całym balastem, logistyką i zamieszaniem podołał.
W Saariselce apogeum zimy. Świeże zaspy do połowy wysokości domów. Szybkie zakupy i peakes na południe. Wyskoczyłem na drogę we Vuotso. Policzki, a zwłaszcza dłonie rozpakowujące samolotowe tobołki natychmiast poczuły, że jesteśmy kolejny tysiąc kilometrów dalej na północ...
Boczną, białą drożyną, a rychło przetartym przez skutery duktem sunąłem na wschód ku niewidocznym póki co wzgórzom Nattanen. Trochę mi zeszło i gdy pod wieczór niebo rozpogodziło się krwistymi kolorami wzgórza ledwo zamajaczyły przede mną między drzewami. Mróz momentalnie stężał.
W zapadających ciemnościach odbiłem między smreki dziewiczym śniegiem ku górze. Hen gdzieś tam czeka z chatką na szczycie.
Ciemności i coraz stromiej. Obładowane sanki szybko ugrzęzły w śniegach, zaczęła się mordownia. Po jakimś czasie tego survivalu odpuściłem i przepakowawszy na szybko część najbardziej przydatnych, jak mi sie wtedy wydawało, rzeczy, zostawiłem pulkę w lesie, a już "tylko" z ciężkim worem na plecach kontynuowałem w zakosy ku górze. Nowe narty bez fok wcale nie chciały się wspinać i co chwila lądowałem bezwładnie w białej toni po pachy.
Nim, dość już styrany, wyszedłem powyżej piętra karłowatych drzewek na niebie rozegrał się niesamowity, dynamiczny spektakl multikolorowej zorzy polarnej. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem i normalnie chwytałbym za aparat, normalnie... nie w tym stanie i nie w środku pokrytego łamliwą szrenią zbocza, które nie wybaczyłoby żadnej ekwilibrystyki ponad program. Ciesząc oczy, kierowany intuicją, zapomniałem o zmęczeniu drapiąc się z mozołem ku górze. Daleko to czy blisko, nic nie widzę.
Nos podpowiadał jednak dobrze, około 22 czołówka oświetliła zarys kompletnie zasypanej i zamrożonej chatki. Odkopałem drzwi. Dwa, długie, zimne i ciemne miesiące od Nowego Roku nikt tu nawet nie zajrzał i z takim stanem rzeczy na chatkach miałem się na tej wędrówce spotkać jeszcze wielokrotnie.
W oczekiwaniu dalekich panoram, kolejnych zórz i scenerii zabunkrowałem się na wierzchołku Pyha Nattanen na noc kolejną. Trzynaście minus, książka w dłoń, drewna dość, wicher gwiżdże, do zerkania na nieprzyjazne zewnątrz wydrapałem i wytopiłem maleńką dziurkę w totalnie zasklepionym szrenią oknie.
Skalne "białe słonie" osłaniały nieco lodowy domek od północnego wiatru, rozległa, biała przestrzeń jeziora Sompio upstrzona przy krawędziach lesistymi cyplami i wysepkami wypełniała cały południowy horyzont. By spojrzeć ku sąsiednim wzniesieniom w gnieździe wzgórzy Nattaten musiałem wytrasować sobie dojście w zmrożonym śniegu po pas.
Powtórki zórz się nie doczekałem, ale drugiego poranka, kiedy już zbierałem się na dół, niebo nieco rozchmurzyło się i piękne światłocienie przebiegły przez połacie tajgi dokoła. Zjazd, przypominający stylem telemark w zwolnionym tempie, przecinając skrzące się w słońcu, nietknięte, perłowe śniegi, ku przedwczorajszemu duktowi w dolinie był absolutną frajdą.
Poobiadawszy w sympatycznych szałasach nad samym brzegiem Sompio podreptałem dalej na wschód, świadomy poważnego dystansu do pokonania. Schronu Orponen nad Kopsusjoki przyszło mi znowu szukać po ciemku. Padnięty, wykrzesałem jeszcze z siebie tyle, by, nim zamarznę przygotować jakąś szybką kolację. Utopiłem ze śniegu może szklankę letniej wody z igliwiem, gdy nagle palnik odmówił posłuszeństwa i żadnym sposobem nie szło go rozhulać. Przykro, jak tu jutro i potem biwakować bez wody!?
Nigdy nie bawcie się w grillowanie kiełbasek nad kemping-gazem... zaworka palnika z tłuszczu już nie wyczyścisz. Co za głupota! Biwak w laavu, przy trzynastu minus był próbą generalną dla nowego śpiwora. Test wypadł pozytywnie. Z rana rozpaliłem jakieś szczapki, by mieć co pić na nowy długi dzień, co wstał pogodowo obiecujący.
Wedle pierwotnego planu po przekroczeniu Kopsusjoki miałem wyjść na szeroką prerię bagien i zacząć orientacyjne manewry mające mnie doprowadzić do chaty Tammikamppa. Teren nie wydawał się nawet trudny, ale te 10 km trzeba by zrobić idealnie na czuja. Niby nic nadzwyczajnego, ale brak sprawnej maszynki gazowej przy ryzyku biwaku w szczerej śnieżnej pustyni jak i sprawdzona kopność śniegów na przełajach ostudziły mój zapał.
Dobry ślad skuterów biegł dalej na wschód i kusił wygodą, nim też podążyłem dalej wiedziony potwierdzonym później przez napotkanych "snowmobilistów" przeczuciem, że idę w stronę Luirojarvi. Nie to było moją pierwotną ambicją, więc jeszcze trochę poszarpałem się na boki z intencją znalezienia skrótu ku Karapulju. Bezskutecznie. Około 22 dotarłem nad znajome, skąpane w świetle księżyca, niespodziewanie ciche i puste Luiro z przestronnym Hiltonem na wyłączność. Długodystansowe dreptanie nieco utemperowało moje bojowe zamiary, więc cały kolejny dzień, bez specjalnych wyrzutów sumienia przebimbałem nad lśniącym w pełnym słońcu Luiro, które w tej romantycznej, zimowej scenerii przypominało jakieś sienkiewiczowskie Butrymy. Piękny dzień z feerią kolorów na wieczór i wędrówką świateł po okolicznych górach i pagórach. Ze dwie godziny odmarzałem w zaspach jednej z wysepek podziwiając to pyszne widowisko natury. Z czasem pojawili się i goście m.in. zespół dość niesfornych Łotyszy. Ku zdumieniu nowoprzybyłych zdecydowałem się na szybką przeprowadzkę do wolnej i przytulnej Rajankamppy, co było doskonałym wyborem. Dalsze losy, przy wprost perfekcyjnej pogodzie rzuciły mnie prześlicznym leśnym przełajem z ginącym śladem acz w baśniowej scenerii aż po wyiskrzony purpurowo wieczór na południe ku chacie Karapulju, gdzie się już kompletnie rozanieliłem. Zmrok zapadł trzydziestką na minusie, ale nie zdążyłem jeszcze skryć się w śpiworze, gdy zdumiony spostrzegłem światła zbliżające się od zachodu, od strony rzeki. Ki diabeł!? Para młodych czeskich ekstremalistów we właściwym wreszcie tego słowa znaczeniu(Pierwsi zwycięzcy/zdobywcy "Lapland Extreme Challenge"!) zawitała w progi. Mroźną nocą na niebie znowu zatańczyły zielonkawe zorze. Póżno, bo około południa dnia nastepnego po małym poczestunku z nowymi gośćmi na chatce wyruszyłem dalej na południe korzystając ze śladu założonego przez moich Czechów. Pogoda zszarzała, a i lichy trakt zniknął zawiany pośród posępnej tundry bagien. Tammikamppę, starą i nową odnalazłem bez większych ekscesów, tychże jednak dostarczyła noc, nad wyraz zimna i nieprzyjemna za sprawą mało wydajnego pieca(chatka po renowacji...). Zwinąwszy się w kłębek, zasnąłem przy lekturze elektrosiążki, która przykrym trafem wylądowała później pod moim ciężarem za plecami, jak się okazało rano, rozbitym ekranem kończąc swój żywot, a więc radości z sielankowego czytania byłoby na tyle... W bardziej przyjazne strony powędrowałem na zachód, ogrom bagien Kaita-aapa, wiatr i ciężki śnieg ostatecznie odwiodły mnie od prób forsownego marszu ku dalekiej Harkavaarze, a brak jasnego planu dnia uratował znaleziony nieopodal leśnego przesmyku ślad skutera, który poważniejąc z każdym kwadransem wywiódł mnie gdzieś nad Repojoki i poprowadził ku górom aż po zaktowiczenie w luksusowo odbudowanym szałasie Hammaskoty. Towarzystwo ludzi było mi zbędnym, więc z wizyty w Hammaskuru od razu zrezygnowałem. Po wygodnie przespanej nocy, przy pięknym słońcu na niebie obrałem samotny ślad biegnący za plecami chatki wprost w las, lądując rychło w całym systemie głębokich wąwozów aż po ich wypłaszczenie się w najwyższym biegu Jaurujoki skąd wygodnie z biegiem rzeki poszusowałem w kierunku Siulanruoktu, zastając legendarny schron w stanie imponującego wręcz zadbania. Godzina była na tyle młoda, że na noc udałem się do Tahvontupy. Perspektywa sauny była tak kusząca... Długi i mroźny wieczór w ciasnej dolince nad szumiącą Tyyryoją przerodził się w iście baśniowy spektakl światłocieni pełni księżyca wędrującego ponad wierzchołki strzelistych do nieba świerków. Coś nie do zapomnienia! Leniwą pobudkę w ukochanej kabinie okrasił pośród zimnej siwizny poranka nieprzeczuwający mojej obecności tamże samotny ren stojący i dumający sobie pod drzwiami. Jakże wielkie było jego zdumienie i jeszcze szybsza rejterada :) Jego śladem z biegiem rzeki podążywszy po jakimś kwadransie niemal zderzyłem się z czwórką narciarzy idących z naprzeciwka. Wymieniliśmy zdawkowe pozdrowienia, ale w jednej chwili i ja i napotkani stanęli jak wryci. "Karol!?" "Tomasz!?" A niech mnie, co za niespodzianka! Czescy przyjaciele, co 2 sezony wcześniej deptali mi wiele dni po piętach i z którymi na koniec wędrówki pobiesiadowałem znowu tutaj i znowu na mojej ścieżce. Taka wielka Laponia, taki mały świat! Rozmówiliśmy się co do naszych dalszych planów w kniei życząc sobie ponownego zejścia się w Saariselce na piwo przed ich odlotem, co się nam rzeczywiście potem pięknie udało. Podbudowany niezwykłym zbiegiem okoliczności, z jedną wywrotką z rozkojarzenia, której świadkował podążający przede mną cały czas poranny rogaś, mglistym Jauru zawitałem do sercu najbliższej utulni na końcu świata Peuraselki. Zostawiwszy część ekwipunku z zamiarem rychłego powrotu do chatki wyprawiłem się dalej, drapiąc się żmudnymi zakosami ku wierszynie Harkamurusty. Za cel obrałem sobie dotarcie jeszcze tego dnia do wymarzonej Harkavaary, sławnej chaty, do której żadna ścieżka ponoć nie prowadzi. W międzyczasie niebo rochmurzyło się na dobre, śnieżna pustać pogranicznych bagien jęła mienić się w krystalicznym słońcu. Popołudnie zaczęło się chylić feerią oranżów i purpur malowniczych strzępków chmur i choć czas naglił, a mróz tężał ani myślałem się spieszyć, nie chcąc stracić niczego z fantastycznej scenerii wieczoru, którą okrasiło wytoczenie się ponad kontrastującą z bielą równiny postrzępioną linią świerkowego lasu krąglutkiego księżyca w pełni. Twardy ślad skuterów pozwalał niemal frunąć przed siebie, ale o szusowaniu do samej Harkavaary nie mogło być już mowy. Na szczęście po drodze czekała na mnie przytulna Peskihaara, w której spędziłem przyjemnie ciepłą noc. Dnia następnego podejmując intuicyjnie ślad biegnący wprost na zachód, a wedle moich uprawnionych domysłów założony około trzech tygodni wcześniej przez pielgrzymującego intensywnie w tych okolicach z kamerą Jouniego Ohtameę, ruszyłem ku Harkavaarze. Śliczny świerkowy gąszcz zbiegał ku zalanym słońcem szerokim moczarom, tam też po jakichś 3 godzinach ukazała się moim oczom przystrojona grubą śnieżną czapą, całkiem słusznych rozmiarów chatka z przycupniętą tuż obok, pochyloną starą sauną, która wespół z drewutnią malowały sielski obraz zaginionej w dziczach wioseczki. Od pierwszego wejrzenia zauroczony, zasiedziałem się w zachwycie chłonąc czarodziejskość tej leśno-bagiennej uboczy. Kolorowy wieczór zastał mnie na powrót za Peskihaarą żwawo gnającego przez siarczysty mróz w stronę doliny Jaurujoki. O poranku termometr w Peuraselce wskazał 25 stopni na minusie. Po śniadaniu jednak szybko poszarzało i mróz nieco odpuścił, a mnie przyszło mierzyć się z dawno planowaną, długą trasą wzdłuż zony granicznej, znad Jaurujoki na północ "za plecy" Vongoivy via dolina Iso-oi. Nie tylko dystans okazał się być tego, nie mającego końca, dnia nie lada wyzwaniem, ale może i przede wszystkim wyjątkowa upierdliwość terenu z tysiącem stromych hopek i parowów wymuszających ciągłe zdejmowanie nart. Karkołomnymi leśnymi zjazdami ciemną już nocą dobiłem nad Anterijoki, której brzegiem podążając doszedłem wreszcie, po 15 godzinach do Anterinmukki. Światło w chatce zwiastowało towarzystwo, ale nim wdrapałem się ku niej na wysoki brzeg, resztką sił, w pełnej desperacji rozpaliłem w nadrzecznej saunie i do środka nocy odpłynąłem w zbawiennych oparach... Ranek 14 marca powitał szarością i mokrym śniegiem, niemal odwilżą. Wszycy mieszkańcy wybyli już z chaty, gdy ja wciąż zbierałem się nieśpiesznie. Nic gorszego nad lepiący się do ślizgów i uniemożliwiający normalny marsz śnieżny kleik nie mogło mnie spotkać. Klnąc, w trudzie obchodziłem wzgórze Anteripaa, gdy zza pleców doścignął mnie nagle samotny narciarz z małym plecaczkiem na biegówkach. Dziwaczny widok. Delikwent miał na imię Ales i jak mi się wyżalił, pchany ciekawością odłączył się o poranku od swojej czeskiej grupy i deczko pobłądził zestresowany snieżycą i znikającymi w mig śladami i co tu robić. Wydedukowałem szybko, że dogonimy resztę ekipy w Muorravaaracce, a więc wszystko się składa i zaproponowałem przecieranie szlaku. Z bijącą w twarz śnieżną krupą postękaliśmy parę godzin nim ujrzeliśmy wycelowane w nas światła. Wszyscy szczęśliwi choć i zraniona duma pogubionego w tundrach niebogi nie pozwoliła mu tryskać wdzięcznością, a wręcz komicznie przedziwnie. Wieczór w czesko-fińskim zespole minął nad wyraz przyjemnie na dywagacjach do późna. Vesa z Mikko z Helsinek wspominali swój niezwykły narciarski wyczyn z przedwczoraj tj. 46 kilometrów z dalekij Uittipiekki do Siulanruoktu nad Jauru. Podziwu godne! Śniadanie umiliły popisy lokalnej, prawie oswojonej myszy. Niebo wypiękniało i znowu wszystkich pożegnałem zostając dłużej nacieszyć się spokojem starej dobrej kabiny. Pogadałem też z sympatyczną ekipą, wojskowo odzianych młodych Finów("Team62") rezydujących po sąsiedzku w torfowym Muorravarakkaruoktu. Śladem hałaśliwych Czechów udałem się na północ okropnie dłużącą się doliną, by w podwieczornej zadymce znów ich spotkać w Jyrkkavaarze. Przyjaznej atmosfery nie starczyło nam jednak na długo, ukrop jaki mimo próśb i nalegań zaserwowali mi w izbie imprezowicze okazał się na tyle nie do zniesienia, że poszedłem spać do drewutni, przyprawiając swoją obecnością tamże, mylących notorycznie drzwi nocnych gości kibelka niemal o zawał serca. Szkoda, że nie o wstyd i krztę refleksji, ale mniejsza... wypłacili mi za wszystko na koniec ekwiwalentem zupek w proszku i ...przeterminowanych snickersów po czym zniknęli na stałe z widoku gwarantując spokojny szus po zamarzniętej Suomujoki na zachód. Stado reniferów wędrowało ze mną białą wstęgą rzęki w stronę słońca. Na popas zatrzymałem się w zachwycająco położonej na wysokiej leśnej skarpie z melodią widocznych poniżej rzecznych kaskad chatce Snellmaninmaja. Przepiękny rogaś strzegł drzwi, parę chwil potem kabinę obległa cała jego reniferowa familia. Z ich kuzynami miałem przyjemność i ze dwie godziny potem w rejonie malowniczej Huoltotupy.
komentarze: dodaj

Sarek. Poezja Północy.

2016-09-15
Cztery obfite lata minęły od tego horroru z komarami, który przeżywałem tutaj latem 2012 roku. Czmychałem wtedy znad Rapy, z Aktse, byle dalej od wód i moczarów ku wichrowym wzgórzom i tundrom szerokim. Musiało się to wszystko chwilkę odleżeć, ale i nadszedł wreszcie ten najwłaściwszy moment, by stare, dalekopółnocne marzenie wyciągnąć zza pazuchy.
Sarek na przełom sierpnia z wrześniem wyglądał idealnie terminowo i co tak rzadkie u mnie, w punkt urlopowo.
Stary, znajomy Kvikkjokk powitał mnie szczerym słońcem i bez złowrogiego bzyczenia... jakaż ulga. Pierwszy biwak przypadł nad tą samą leśną młaczką jak niegdyś. Urodzinowy wieczór przecelebrowałem w ciszy ponad tundrami, na wietrznym siodełku pod Huornasj. 23 sierpnia nastał od zarania słońcem zalany, pogodowo chyba najpiękniejszy dzień całego roku. więcej...
Z, przewidując realistycznie, ostatnim tak ciepłym oddechem lata przetrawersowałem Królewską Ścieżką ponad bajecznymi rozlewiskami Rittaka, z pierwszymi widokami do wnętrza Sarku, w nieustannym towarzystwie rozbieganych renów, ku delcie Rapy i Laitajaure. Dobra, belgijska kompanija i fantastycznie kolorowy zmierzch wspaniałego dnia zatrzymały mnie w pełnym rozanieleniu po tej samej stronie wielkiej wody. Rankiem przewiosłowaliśmy wspólnymi siłami mętne morze delty na przeciwległy brzeg do Aktse. Jak tu spokojnie i nic nie gryzie! I ten supersam w lesie! Werandka, sielanka, kwiecista łąka, człek by całkiem zaległ, ale gdzież tam... Skierffe może zaczeka, ale pogoda jak to ona. Pognałem dalej grzbietem sponad przełączki, na której opuściłem trakt Kungsleden, a gdzie lata temu pamiętnie rozmawiałem przez telefon z ojcem przy akompaniamencie pół tysiąca komarów kłębiacych się pod kopułą namiotu. Po jakichś 3 nieśpiesznych godzinkach, wypatrując przezornie po drodze dogodnego miejsca na nocleg, dotarłem nad sławny klif.
W międzyczasie poszarzało, ale widok na tę otchłań z rozlewiskami Rapy robił tak piorunujące wrażenie, że jakby tylko nie wiało i jakby człowiek nie kostniał z zimna to nijak by się nie oderwał. Fascynacja. Przesiedziałem tam do zmierzchu postanawiając dać sobie cały następny dzień szansy na kolory i scenerię w tym miejscu. Namiot rozbiłem na przyjemnych, trawiastych upłazkach po północnej stronie góry.
Radości z tego stworzenia świata ścielącego się u moich stóp nie było końca. Pogoda zaczęła kaprysić, ale koniec końców było wszystko. Po kolejnej nocy z wiodokiem na dolinę i zamykające horyzont fantazyjne lodowce Parte ruszyłem w dżunglę Sarku. Z miejsca zaczęło się właściwe wędrowanie, a więc niekończące się gęste uroczyska zarośniętych, omszałych złomów, młodniki, podmokłe brzezinki. Dotarłszy nad mleczno błękitne, pedzące z hukiem między nunataki wody Rapy znalazłem jedynie lichy zarys ścieżynki przez bajora. Kierunek Północ. Wieczór zastał mnie w dziczy pod ostańcami Lulep Spadnek, gdzie dotychczasowy dukcik zrazu rozpłynął mi się pośród moczarów. Nieprzystępność terenu była taka, że i orientowanie się na szumiące wody głównej rzeki niewiele pomagało. Trochę mną zakręciło. Po wykluczeniu mylnych opcji, obrana przecinka wypluła mnie wreszcie na zakole rzeki z krwistoczerwoną falangą chmur rozsiadłych się na sam dnia koniec u widocznego stąd zamknięcia doliny, reflektujących przepięknie w spienionych baniorach tuż poniżej mojej, rozbitej naprędce pałatki. Cóż za szczęście, cóż za sceneria! Dzicy Bogowie nad nami!
Spałem twardo. Obudziła mnie plucha. Kawałek wyżej w górach spadł śnieg. Mokradła i lodowate brody całymi godzinami, żadnych artefaktów. Gumiaków nie zabrałem, musiałem więc się ekspresowo przyzwyczaić do tego, że mokro było, jest i będzie... Duszy żywej, ale jakoś wczesnym popołudniem minąłem zastygły niczym głaz pośród całej tej niepogody samotny namiot. Przeklinając pod nosem coraz silniej upadlający los dotarłem wreszcie w zwężenie doliny między potężnymi graniami Bielloriehppe i Skoarkki. Żywcując pewnie setne bagno tego dnia na wskroś, przeleciała mi przez głowę myśl o jakiejś nagrodzie pocieszenia za te trudy i chciałoby się rzec, kur nie zapiał, a wydostawszy się wreszcie na wzglednie suchy skrawek lądu, ot zagajnik jakich wiele, minąwszy zakręt, stanąłem jak wryty. Oto nagroda, wielka i rogata jak marzenie stoi tuż przede mną i łypie na mnie ciekawskim okiem! Ogromny łoś wypuścił się z głuszy na kolację ponad bajora. Jego raj, moje szczęście. Spędziliśmy w tej bliskości godzinę z okładem. Moja obecność niespecjalnie peszyła pałaszującego mniejsze i większe gałązki olbrzyma. Żadnych pretensyj do pstrykania go całymi seriami też nie zgłaszał. Łosie w Sarku należą do największych w Europie i tylko niewiele ustępują posturą swoim potężnym kuzynom z dalekiego Jukonu. Rozstaliśmy się pośród szumu brzozowego gaju. Po przedwieczornych, karkołomnych przełajach w zagubieniu, noc złapała mnie w rzadkim lasku nad samą Rapą. Wygwizdowo. Huragan z wnętrza śnieżnych gór szarpał namiotem przez całą noc. Radosny poranek okrasił fenomenalny widok rodzinki renów przepływających wielkie rozlewiska. W zakosy ku górze, Bozia dała błękit, dała słońce, pejzaż potężniał z każdą chwilą. Wachlarz dolin i ośnieżonych grani, wodospady, kaskady, jeziora tak na ręki wyciagnięcie jak i po horyzont z marzeń. Borealia prima sort!
Im szedłem dalej przez kamieniste pola Snavvaavagge tym i zachwytów więcej i więcej. Po lewej rozpościerał się teraz promieniejący w słońcu ogrom firnowych pól Alkatj, na prawo pudrowane jak od linijki świeżym sniegiem żużlowe zbocza Bielatjahkki, za plecami niebotyczne Skarkki z wynurzającymi się sponad kopuły szczytowej coraz to nowymi turniami. Zieleń, kamienna pustynia i lód naprzeciw otwierającej się po kierunku marszu i mieniacej całą tęczą barw popołudnia głębi, przestrzeni doliny Rahpajahki obramowanej całą plejadą pobielonych grani i szczytów. Stroma perć spod Gavabakte dała się rychło zanurzyć w tym pięknie. Do ostatniego światła wieczoru, czuwałem w absolutnej admiracji. Zanocowałem na malowniczej płasieńce nad urwiskiem. Nibym się śpieszył na te wielkie góry przede mną, na szczyty, ale wielka dolina i jej otoczenie zrobiły na mnie takie wrażenie, że na podziwianiu widoków utknąłem do południa. Wszystko dla mnie. Zaskoczony moją obecnością tutaj rogaś samotnik uciekł zawstydzony. Strzelista Spijkka błyszczała w słońcu, soczystość falujących na wietrze traw, kryształ strumieni i te czapki lodowe wszędzie wokół. Było już dobrze po południu, gdy przeszedłem kładkę rozstawioną wysoko nad niewidocznym z dala głębokim kanionem Górnej Rapy i dłuższą chwilę poszukałem namiastki domowego ciepła w czterech ścianach maleńkiej chatki schronu Mikkastugan, jedynego takiego obiektu zbudowanego na całym obszarze parku narodowego na potrzeby turystów.
Widzisz i czujesz, że dotarłeś właśnie w samo serce Sarku, gdzie na wielkiej, otwartej niczym preria przestrzeni Skarja swe ujście znajdują największe, okoliczne górskie doliny. Plany na ten dzień były przeambitne, czas więc naglił, a tymczasem pogoda cosik się pokrzywiła. Suchą stopą odbiłem ku głaziskom bocznej doliny prowadzącej do zachodnich stóp, najwyższego masywu gór Sarku - Sarektjakka. Surowość widoku narastała z każdym krokiem. Jęzor lodowca na tle wielkiej góry rósł w oczach. Namiot, z więcej niż optymistycznym nastawieniem, rozbiłem sobie na usianym obrywami skalnymi przedpolu, jakieś 200 metrów od czoła lodowego zwaliska Mikkajegny. Zrobiło się późno i chmury natarły, ale mimo tego zdecydowałem się wejść na plateau lodowca.
Jęk pękających mas lodowych i szum podlodowych strumieni i związane z tym dreszcze strachu towarzyszyły mi aż po strome zbocza masywu będące gigantycznym, żywym usypiskiem skalnych odłamków. Wejście wprost na grań czymś takim wydało mi się czystym niepodobieństwem. Trawers jak po polu minowym ku górnej części lodowca, by przedostać się na bardziej przystępną grań biegnącą bystro w stronę wierzchołka doprowadził mnie na skraj skał i lodu na wysokości nieco ponad 1400 metrów. Szczyty już dobrą godzinę wcześniej skryły się w ciemnym tumanie, ale niżej wciąż nie wiało ni padało. Mimo szarówki chciałem podjąć rękawicę i parłem naprzód. Ostatecznie otrzeźwił mnie jednak widok serii szczelin przysypanych świeżym śniegiem poniżej linii planowanego trawersu do grani. Za wiele tych ryzyk, a więc powrót. Odetchnąwszy trochę, z duszą na ramieniu, ruszyłem w dół, klucząc w mrok, w przestwór żywego, plastycznego lodowca. Najbardziej dojmujące poczucie osamotnienia i bezsilności w razie w... od lat. Mikroskopijny, kontrastujący z tą wszechogarniającą, kamienną szarością punkcik namiotu stał się nagle omodlonym celem. Ufff. Nowy dzień wstał i płynął pod znakiem słoty straszliwej. Karkołomną ewakuację spod Mikkajegny okrasiłem paroma bolesnymi glebami. Pod wiatr, pod zacinający deszcz na twarz, naprzeciw całej nadciągającej jesieni maszerowałem dalej na północ szeroką doliną Ruohtesvagge. Pod wieczór wyszedłem na pełne meandrujących strumieni, bagienne wypłaszczenie wśród gór z widokiem na gigantyczną rzekę lodu Ruohtesjegny. Po długich godzinach depresyjnej burości i wściekłej mżawy, rozdarła się wreszcie kurtyna nieba posyłając zmokniętym wyżynom jaskrawy słup światła. Nim zapadły ciemności, niespodzianka, trafiłem na drewniany schron, renkvaktarstugę hodowców reniferów. Na wejściu zbutwiałe drzwi spadły mi wprost na głowę. Śmietnik w ganku trochę przeraził, ale rozgościłem się wygodnie w try miga. Bez ognia, bo skąd opał, ale znalazły się materace, a wiatr i siąpawica zostały na zewnątrz.
W nocy wiało i huczało, za dnia też jakby jesień przejęła stery na dobre. Ostatni brodzik zaliczyłem pod samotnym, wyniosłym Nijakiem. Odniosłem wrażenie, że ktoś pośród chmur schodzi ze szczytu. Koneserzy... Obiegły mnie znowu wesołe renifery i zupełnie nagle góry wypuściły mnie ze swoich ramion w smutnawe, tundryczne pustkowie, którego końca nie było widać. Po prawej ręcę majaczyły szczyty królowej Laponii - Akki, po lewej w mgłach lodowce masywu Gisuris. Plucha pod wiatr do imentu. Dłużyzna. Wędrowanie tak jałowym terenem wygubiło gdzieś cały romantyzm wyprawy. Jedna przemokłość i przewianie od ponad tygodnia. Przebierałem nogami przez kolejne odkryte grzbieciki, przekraczałem parowy ku gęstniejącym w chmurnej oddali oazom brzózek. Wysokim brzegiem spienionej Sinjuvtjudisjahki dotarłem do wiszącej kładki i nie po swoim kursie podszedłem jeszcze pod schronisko Gisuris obsługujące turystów na szlaku Padjelanta, który właśnie przekroczyłem. Jakoś nie przemawia do mnie klimat tych aranżowanych miejsc. Przypomnialy mi się te budy na Kungsleden, ten reżim i ta drożyzna. Spragniony słodyczy i smaku cywilizacji, kupiłem na miejscu i wtryniłem ekspresem jakies herbatniki, wlałem w siebie duszkiem dwie puszki koli i wróciłem nad rzekę. Pogoda głęboko pod psem. W nocy wiatr połamał mi druty namiotu, więc pobudka wypadła na dużym kacu, a wcale tak być nie musiało, gdybym tylko w porę zorientował się, że na drugim brzegu w zagajniku stoją stare koty-szałasy Samów, w zupełnie znośnym stanie. Nacieszyłem się tam ciepłem ogniska, czekając poprawy pogody. Po południu zrudziałą, kolorową tundrą pomaszerowałem ku Akce. Wiszący mostek nad ujściem Vuojatadno do Akkajaure przyprawił o zawrót głowy. Huk spienionych toni, niesamowita siła mas wody spadających z gór ku arktycznemu śródmorzu. Akkastugan odwiedziłem tylko pro forma. Moje pytania o pogodę, dywagując wciąż o wejściu na szczyt Akki gospodarze zbyli tylko lekceważącym śmiechem. Bo niby czego ja oczekuję tutaj? lazurowego wybrzeża? Pogoda jest jaka jest, żabami nie pierze, nie mrozi ,więc jest świetna. Bez widoczności jakoś mi się to jednak nie uśmiechało. Wolne od deszczu popołudnie uśpiło moją pogodową czujność i takie roztrenowanie zakończyło się katastrofą panicznego, nieudanego rozbijania się trzykroć w totalnej zlewie, nim trafiłem wreszcie na podłoże umożliwiające wbicie tych krótkich śledzi. Poranek łzawy już nie straszył, do przystani miałem bowiem rzut beretem. Wielki, prześliczny huskypodobny pies strzegł drzwi do małego domku stojącego u szczytu drobnolesistego zbocza opadającego łagodnie ku brzegom Akkajaure. W sezonie, gdy przypływa i odpływa łódź, dostojna, siwowłosa strasza pani otwiera tu przytulny barek poczekalnię dla turystów. Po kolejnej zimnej i mokrej nocy tutejsza kawa nie mogła smakować lepiej. Po jakichś dwóch kwadransach spędzonych miło w tej przytulni zszedłem w towarzystwie kilku osób i donośnie wyjącego pięknego psa na kamienistą plażę, gdzie właśnie cumowała nasza łódź. Rejs przez niepogodne, wzburzone śródgórskie morze Akkajaure z postojami w kilku przystaniach trwał pod dwie godziny, by wreszcie zakończyć się na dalekim, drugim brzegu w Ritsem, które pamiętałem dobrze z wagabundy w lipcu 2012. Zziębnięte, ale zadowolone towarzystwo musiało uzbroić się w cierpliwość w oczekiwaniu na autobus. Długa jazda do Gallivare, zwłaszcza w momentach, gdy się rozpogodzało, była drogą przez bajkę. Góry, góry, góry i zwierciadła kryształowych jezior pośród nietkniętej, ciemnozielonej tajgi za oknem. W sennym Gallivare strawiłem zupełnie sympatyczny czas, zaspokajając cywilizacyjne tęsknoty zwłaszcza te żołądkowe, a los podarzył przed snem rozwijając na niebie pierwszą w sezonie zielonkawożółtą zorzę polarną. Finalnego dnia, już w Lulea, klamra jakże udanej północnej eskapady domknęła się tym niewymazywalnym do dziś z pamięci ...zapachem przesyconego sosnowym aromatem powietrza. Rozkosz. Chciałoby się je butelkować, ale zresztą... Obym nie zdążył zatęsknić, a i oby dane mi było wracać w te strony jak najcześciej, jak do siebie. Tyle do odkrycia, tyle do przeżycia.
komentarze: dodaj

Co się odwlecze... Snowdonia 2016.

2016-03-01
Zima w Karpatach znowu nam nie domaga. Dość przykrości i zawiedzionych nadziei, a i mnie znowu wywiało ku Ziemi Obiecanej. Byle na Zachód, dwa morza i gór góreczek na trasie dostatek. 5,5 roku temu świętowałem w tych okolicach stutysięczną milę na liczniku niezgasłej pamięci, bestialsko uprowadzonego "Pędraka", własnie tu, w Llanberis, ale na większe odkrywanie jakoś wtedy, świeżo po wrażeniach pierwszego tournee po Dalekiej Północy, motywacji brakło. Co się odwlecze, to nie uciecze. Malownicza północ Walii raz kolejny po drodze i Snowdonia w pełnej krasie, zaskakująco pogodnego końca lutego w śliskawej drodze na spoglądający przez morze ku brzegom Irlandii szczyt Mount Snowdon...
komentarze: dodaj

Kiedy w lutym maj... Jeden taki dzień pod Tatrami.

2016-02-24
Nim w drogę daleką wyruszysz, stare, dobre kąty odwiedzisz. Jeden taki dzień, wybujała wiosna, niby to w środku zimy. Niewiarygodne 16 kresek na plusie i kwitnące bazie pod kościółkiem w Jaworzynie. Wichrowy wieczór na Karczmarskim, niewzruszalne w przeddzień zmian...
komentarze: dodaj

Witajcież w Nowym Roku!

2016-01-01
Boso, ale w ostrogach!
Łza się w oku kręci, że to już... że oto nadeszła chwila, by pożegnać ten piękny rok miniony.
Karpacko-lapońską odyseję na półkę ze wspomnieniami odłożyć czas.
Dzikości serca, swobody i pogody ducha, a i czynu szlachetności
w tej pogoni za wiatrem na 2016 wszystkim Wam serdecznie winszuję!
komentarze: dodaj

Peuraselkä. Samotnia na chmurnych bagniskach.

2015-11-27
"Sa­mot­ność jest nieza­leżnością, życzyłem jej so­bie i zdo­byłem ją po długich la­tach.
Była ona zim­na, o tak, ale była też cicha, praw­dzi­wie cicha i wiel­ka, po­dob­nie jak zim­ne,
ciche przes­tworza, po których wędrują gwiazdy".
Hermann Hesse
komentarze: dodaj

Tajgi cichy szept. Lapońskie rubieże raz jeszcze.

2015-11-25
I tak oto ta sama tęsknota, która zaczęła mnie dręczyć jeszcze w upalnych Karpatach i ostatecznie odwiodła od dokończenia wielkiej tury, przygnała mnie po raz kolejny na tę północną rubież, nieodgadnienie kochaną, na sentymentalne łowy za niedgysiejszą bajką listopadową, by znowu poczuć ten niepodrabialny dreszcz surowej lektury arktycznego życia jak za tamtym, z głowy i serca niewywietrzałym pierwszym razem... a i za sprawą dziwnej obawy, że kolejna taka okazja może się rychło nie powtórzyć...co ja gadam!?
komentarze: dodaj

Arktyczne wichry. W Chibinach na Koli dalekiej.

2015-11-24
Mojej, jesiennej wojaży do Rosji poza naturalnym na pierwszy raz rekonesansem klasyki(Moskwa, Sankt Petersburg, po drodze także białoruski Mińsk, więcej o tym w galeriach) patronowała przemożna chuć Dalekiej Północy i romantyczna ciekawość, co też kryje się za tą tajemniczą linią bezkresnego horyzontu, w który wpatrywałem się pamiętnej jesieni i ubiegłej zimy ze zboczy lapońskiego Korvatunturi. O ile z tarabanienia się po Uralu Polarnym, mimo naprawdę fajnie naszkicowanego planu działania, z racji głównie pogodowych(dwudziestostopniowe mrozy od pierwszej dekady października) zmuszony byłem trzeźwo zrezygnować, to na kierunku północnym, murmańskim, bez odbijania na Archangielsk(tu racje logistyczne zdecydowały) miałem pełne pole do popisu. Stając na popas w Biełomorsku, nad brzegami Morza Białego właśnie, wielkich nadziei na rejs na Sołowki sobie nie robiłem, bo i jak się okazało ostatni statek odpłynął tamże dawno, dawno temu, z końcem sierpnia, więcej...
ale możliwość doświadczenia zapadłej, karelskiej prowincji, po metropolitalnym ogromie i przepychu objawiła się fantastyczna. Impresje tym razem zgodne z tym przejaskrawianym obrazem Rosji jaki od lat odmalowuje się nam w polskich mediach, czyli totalny rozpieprz i ruina, tyle że tam nikt już nie dopowie, że to zupełnie żywa, dobrze zaopatrzona i funkcjonująca ruina, a że wygląda jak wygląda... Kolejny przystanek o noc jazdy pociagiem dalej na północ to przemysłowe Apatyty. Celem: wyrastające śmiało ponad bezmiar tajgi u nasady Półwyspu Kolskiego góry Chibiny, zamiarem: 3-5 dniowa eksploracja z biwakami i możliwym przejściem w sąsiednie Łowozierskie Tundry. Rzeczywistość rychło zweryfikowała plany. Totalne niedospanie, wskakiwanie i wyskakiwanie z ultradusznych pociągów to na ziąb, to na wilgoć, załatwiły mi i zdrowie i formę. Cienkim, zupełnie ciemnym jeszcze świtkiem podjechałem marszrutką do niedalekiego Kirowska. Trzy kawy w kiosku na przystanku pozwoliły deko się rozprostować, gdy w międzyczasie pierwsze promienie słońca purpurą omiotły niezwykłe, arktyczne płaskowyże wnoszącę się wokół tego przemysłowego miasteczka. Trochę mi zeszło nim wsiadłem w autobus jadący z robotnikami do kopalni na drugą stronę jeziora Wielki Budjar, którego wody wypełniają centralną część rozległej doliny u stóp gór. Kirowsk 23 km, Osiedle 25 km. Przede mną ze 3 tuziny odrapanych, czteropiętrowych bloków z wielkiej płyty wciskające się w kanion, który doprowadził mnie finalnie do bram wielkiej, jak informuje tablica, pierwszej otwartej w Chibinach kopalni tudzież kamieniołomu "Кукисвумчорр"/Kukiswumczorr", ach te lokalne nazwy!/. Dalej już mnie nie wpuścili, więc nie wahając się długo, począłem drapać się z mozołem na pierwszą, dostępną górę, wzdłuż drutów wyciągu narciarskiego, po lewej stronie doliny. Mimo, że masyw to niby "wzrostem nikczemny" /najwyższy szczyt: Judywczumczorr 1201 m npm/ to jednak przewyższenie dało mi popalić. Pod granią zrobiło się już zimowo, z lodowatym huraganem na moje zakatarzone nieszczęście, ale z pięknym słońcem i malowniczą gonitwą chmur na szczęście. Wierzchołek otworzył przede mną oryginalną panoramę tundrycznych dolin i absolutnie surowej, skalno-śnieżnej, arktycznej pustyni, pooranych żlebami gór o charakterystycznie ściętych, spłaszczonych wierzchowinach /Chibiny to jedne z najstarszych gór na świecie, największy na świecie "lakkolit", czyli "jednorodna intruzja magmowa". Nieskończone bogactwo mineralne całej okolicy/. Dojmujący pierwotny pejzaż z jednoczesną, potężną industrialną drugą stroną medalu, gdy tylko obejrzę się za siebie bądź to spojrzę w przestwór doliny, z której się tutaj wspiąłem i z której dochodzą echa pracy ciężkich maszyn, stukot kolei i odgłosy eksplozji dynamitu z grani vis a vis okraszone tumanami skalnego pyłu zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Niewiarygodna synteza i kontrast dzikiej przyrody z postoswiecką, industrialną gigantomachią. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie dane było mi oglądać. Oświetlany nisko zawieszonym, bladym słońcem horyzont ponad Kirowskiem to już pobudzająca wyobraźnie Kola, setki kilometrów bezludzia, nieprzebytych moczarów i tajgi, prawdopodobnie najdzikszy kawałek europejskiego świata. Ciekawość pchała mnie przez chwilę śnieżną granią naprzód nie słabiej niż huraganowy wiatr w plecy, ale odpuściłem. Biwakiem mógłbym się tylko do reszty zrujnować. Z odmrożonymi dłońmi i policzkami zszedłem w zalaną mandarynkowym światłem przedzimowego, dalekopółnocnego popołudnia dolinę. Popstrykałem trochę zdjęć po Kirowsk, zjechałem jeszcze za dnia na Apatyty z tą nadzieją jednak, że jak się trochę podkuruję to za parę dni jeszcze w Chibiny wrócę, być może od strony Łowoziera. Następnego dnia rano byłem już w Murmańsku, a los jął pisać zupełnie nowe historie...
komentarze: dodaj

Karpackie reminiscencje.

2015-09-30
Karpaty, Karpaty pachnące wolnością i słońcem Karpaty i po Karpatach. Tak sobie dumam, jeśli cała ta nasza, mniej lub bardziej kolorowa doczesność to tylko pusta pogoń za wiatrem, z czym przyznacie trudno polemizować to czymże więcej są ludzkie wspomnienia niż tylko jakąś złudną śmiesznostką? Być może to jakiś mniej szkodliwy ersatz groźnej używki, narkotycznego odurzenia w ucieczce ku idealnej nibylandii, gdzie prawda kotłuje się z najgłębiej skrywanymi tęsknotami...
ale jednocześnie, póki pamięć nie zawodzi, póty wiemy, a nie tylko wierzymy, że to wszystko wydarzyło się naprawdę
i nadajemy temu poczuciu tak szczególną rangę, że chcielibyśmy ustrzec je niczym najcenniejszy skarb, przed bezlitosnym zębem czasu i zabójczą rutyną kieratu powszedniości. Kim, a właściwie czym bylibyśmy bez świadomości własnego ulokowania w dziejowym biegu? więcej...
Mijający rok pisze mi prawdziwie piękną kartę, a zakończona niedawno karpacka odyseja jawi mi się już, z perspektywy kolejnych, mijających szybko od powrotu ze stanu wędrownej bezdomności do miejskiego życia, tygodni jako właśnie jakieś takie niewiarygodne, niedokończone, coraz bardziej wyobrażone niż w bólach powstałe wielkie malowidło, które oglądane z daleka, jako całość przypomina nietrudne do zrecenzowania i odfajkowania dziełko o zamkniętym zbiorze cech. Kiedy jednak podejdę bliżej, głębia, moc wrażeń i nagromadzenie emocjonalnych detali przytłaczają do tego stopnia, że ciężko wykrztusić z siebie właściwe słowa, oddającego pełnię i moc opisu impresji, na którą chciałbym komuś wyobraźnię otworzyć.
Co oko widziało, co uszu dosięgło, co serce porwało, język nie zawsze powtórzy. A wydarzyło się naprawdę sporo przez te 72 dni. Tyle trwała moja karpacka włóczęga łukiem Karpat, od Żelaznych Wrót Dunaju nad rumuńsko-serbską granicą po Tatry, od trzeciej dekady czerwca po przełom sierpnia i września. Na Tatrach rzecz jasna Karpaty Zachodnie się nie kończą i choć pierwotnie miałem pomaszerować do brzegów Dunaju w Bratysławie, od czego dzieliły mnie tylko dwa tygodnie, z gór zszedłem wcześniej. Zdecydowały o tym kiełkujące w głowie plany jesiennego wypadu do Rosji, nawrót dalekopółnocnej nostalgii, wobec której zawsze pozostaje bezsilny i co tu dużo kryć pewne znużenie schematem wędrówki dla samej już tylko wędrówki, gdy, worek pełen przygód i potencjału eksploratorskich zachwytów jakby niepostrzeżenie opróżnił się po zejściu z długiego grzbietu bieszczadzkiego Pikuja nad sercu bliski, rodzimy kordon w Siankach. Wyprawa (jak nie lubię tego nadużywanego terminu to chyba on do całego przedsięwzięcia akurat pasuje) okazała się zupełnie poważnym wyzwaniem zarówno fizycznym jak i mentalnym. We znaki dały mi się szczególnie nieznośne sierpniowe upały i pustynna susza w Karpatach Wschodnich, co prowokowało regularne, męczące przeprawy ze znalezieniem wody, gdy większość źródeł w okolicach grani po prostu wyschła. Kontuzji szczęśliwie się ustrzegłem, ale zaginięć w mylnym terenie już nie, co zresztą często wychodziło mi na dobre do tego stopnia, że dziś mogę śmiało stwierdzić, że najpiękniejsze przygody, jakie przeżyłem tego lata w Karpatach nie przytrafiłyby mi się, gdybym świadomie bądź nieświadomie nie zboczył z wododziałowej trasy, której idea już na wstępie okazała się zbyt uboga wobec takiej mocy atrakcji wokoło. Posypał mi się sprzęt. Plecak, stelaż namiotu, że o agonii połamanego statywu nie wspomnę. Co najgorsze nie takie znowu stare, a wygodne Scarpy jęły rozpadać się mi na nogach już po pierwszych nastu dniach dreptania. Ktoś zapyta, co z jedzeniem podczas długich graniowych przejść, czy samotność mi nie doskwierała. Otóż zupełnie nie. Jestem już chyba za stary, by zaprzedać duszę patologicznej filozofii miasta w związku z czym sam ze sobą ciągle czuje się nieźle, a doświadczany bezmiar czasu i przestrzeni przemierzając Karpaty jest przewspaniały, ale i dość pozorny zarazem. Rzadko kiedy lądowałem w głuszy tak głębokiej, by w zasięgu wzroku nie mieć szałasu pasterskiego czy wędrujących stad, co oczywiście nie burzyło w żadnym stopniu pejzażu, a wręcz przeciwnie dodawało mu kolorytu przez niezliczone spotkania, pozdrowienia, wizyty u rodzin na szałasach połączone z sutą i smakowitą integracją, a i niekiedy wobec niemożliwości odmowy serdecznym zaproszeniom i zostaniem wśród tubylców na noc. Pewnym wyjątkiem od tej reguły były Gorgany, gdzie wymyśliwszy sobie przejście całego pasma linią starej, przedwojennej granicy rzeczywiście dłuższy czas traperowałem jak w dżungli, z której ani dokąd wyjśc... Ku cywilizacji w dolinach zaglądałem tyle, ile się jej na moim szlaku znalazło i były to jak najbardziej przyjemne antrakty urozmaicające mi leśny żywot. Nad faktem, że Rumunia pozostaje niezmiennie krainą dla wędrowca wymarzoną specjalnie rozwodzić się nie trzeba.
Takiej dozy swobody i ludzkiej życzliwości w przepięknym, a nie upiększanym, swojskim anturażu ze świecą w starej Europie szukać! Ceny, kuchnia, transport, wszystko na właściwym poziomie. Górami tej z dawna kochanej Rumunii, przez całe Karpaty Południowe i ładny kawał Wschodnich wędrowałem przez 49 dni. Nogi niosły mnie dzielnie od malowniczej Orszowej, przeglądającej się w wodach wyjątkowo potężnego tu Dunaju, w pobliżu przełomowego odcinka rzeki tj. sławnych Żelaznych Wrót na pograniczu z Serbią przez bujne podnóża i cudnie przestrzenne granie Gór Cernei, okraszony pierwszą poważną letnią zlewą raj tysiąca stad Gór Godeanu, przez mglisty, wapienny mały Retezat i wschodnią flankę właściwego masywu Retezatu z Custurą u stóp, której 19-ego dnia marszu(!) spotkałem pierwszych turystopodobnych, którymi zresztą okazali się polscy obozowicze z krakowskiego AWF :-). Dziewiętnaście dni przepięknie widokowych, dzikich gór w samym sercu lata bez choćby śladu turysty? Dacie wiarę!? Tak, z burzowymi przygodami dotarłem na popas w Pietroszanach. Świetny czas, który wspominam dziś jednak też przez pryzmat smutnych wieści o tragicznej śmierci kolegi w Polsce, które do mnie tam z opóźnieniem dotarły... Tonącym w ciemnej zieleni urwiskowych lasów, kanionem Cheile Jietului minąłem masyw Paring z jakże pamiętnym fajrantem w fenomenalnie gościnnej Cabana Groapa Seaca(pierwszy prysznic, pranie, ciepła woda!), by następnie przez przełęcz o tej samej nazwie wejść w Góry Lotru, krainę łagodności, która przywitawszy mnie surowo chmury oberwaniem(szczęśliwie przeczekanym w Obarsia Lotrului) i sprokurowawszy rychłe zabłądzenie, wyczarowała jednocześnie niespodzianą perspektywę być może najpiękniejszej bajki na całej mojej trasie tj. spotkanie z pasterską rodziną z Gorj nad Przełęczą Tartarau, gdzie naturalnym biegiem rzeczy zostałem wprzęgnięty w regularny cykl życia i pracy karpackich pasterzy na hali, a ponad wszystko zaznałem najwspanialszej gościnności doprawionej off-roadową wyprawą do sąsiadów na halę Larga po drugiej stronie gór połączoną z pysznym biesiadowaniem na odchodne. Idylla Lotru mogłaby jak dla mnie trwać wiecznie, ale trzymając niezłe tempo marszu ledwo trzy dni później stałem już nad siedmiogrodzką Ałutą w Turnu Rosu twarzą w twarz z majestatyczną wyniosłością Fogaraszy, na przyjaznej grani których przetrwałem zalewającą Transylwanię falę tropikalnych upałów. Jakże miło było stanąć na szczycie Negoiu po 11 latach... Wschodnia część najwyższego pasma gór Rumunii otworzyła przede mną swe podwoje po raz pierwszy w asyście niemieckiego kompana Stefana z Augsburga. Sielankę podbniebnych trawersów przerwała dopiero kanonada grzmotów na samym Moldoveanu. U stóp drapieżnie pieknego, białoskalnego grzebienia Piatra Craiului wylądowałem po survivalu dżunglowania na azymut i ...ostrego pikowania w dolinę z sympatycznymi Prażanami. Najmniejszą linią oporu podążając(rozgardiasz Branu wchłonął mnie tylko na chwilę) zaraz drapałem się stromo to smrekowym lasem, to kwiecistymi upłazkami ku grani Bucegów. Od genialnego schronu na grzbiecie Tiganesti przez Omu na rozdeptane Babele i zjazd z Busteni do cudnego jak zawsze Braszowa na ekspresowy remont ciała i ducha połączony z generalnym praniem i zakupami m.in. nowych butów. Nie to żebym gonił na złamanie karku, ale logistyczne realia i chęć dotrzymania kroku kreślonym harmonogramom wyprawy sprawiły, że nie kryjąc żalu, zamiast skierować się w prześliczne góry Ciucas ruszyłem na północ, ku skrajowi metropolitalnej kotliny, rozpoczynając bardziej pogórzańskie niżeli górskie przebieżki pasmem Baraolt ku soczystym kniejom świętej ziemi Szeklerów, ponad które długim, zbitym, leśnym wałem wznoszą się Góry Harghita z absolutnym kuriozum w postaci łanu tysiąca krzyży i rzeźbionych słupów zdobiących tudzież szpecących ich centralny wierzchołek - Madaras. Niezykły widok przywoływał na myśl jedynie podlaską górę krzyży Grabarkę... Miejsce to pełni niejako rolę sanktuarium szeklerskiego sentymentu za utraconą po I wojnie światowej jednością z madziarską ojczyzną. Idźmy dalej. W oddali przede mną ławica śnieżnobiałych skał, to Góry Hasmas, które niebawem zaskoczyły mnie na powitanie wesołym festiwalem wspinaczy i linoskoczków pod słynną Piatra Singuratica "Samotną Skałą" znaną mi dotąd jedynie z tuzinów kadrów na niezawodnym Summitpost. Nie mogło zabraknąć romantycznej rewizyty nad Lacu Rosu, by jeszcze tego samego upalnego dnia przeskoczyć do świata karpackich sensacji z podwieczornym wdepnięciem na ...zdumionego misia w maliniakach nad przełęczą Pongracza już po stronie gór Giurgelui.
W tych to stronach stoczyłem też swój największy bój ze sforą wściekłych owczarków i zaliczyłem najpoważniejszą dotąd utratę orientacji w terenie, okupioną długimi kilometrami obejścia i nieplanowego zwiedzania świata na wschód od Borseca. Kelimeny absolutnie zawróciły mi w głowie magią wyzłoconych poświatą jutrzenki i zmierzchu horyzontów od Ceahlau po Rodną. Na szczycie Pietrosa czekało mnie niecodzienne widowisko w postaci ciężkich wojskowych myśliwców łamiących barierę dźwięku tuż nad moją głową. Nie wiadomo było, gdzie uciekać! No i ten kontrast między tajemnicą ostępów i rozpłataną na pół górą, gigantycznym kopalniokamieniołomem ponad Gura Haitii zupełnie niesamowity. Zregenerowawszy się nieco w starej, dobrej Watrze Dornej ruszyłem w Góry Suhard. Przepiękna sceneria pasterskich płajów
i mórz chmur nad Bukowiną w samym sercu Karpat radowała zmysły. Na koniec, w zejściu na Rotundę oganiając się od żarłocznych piesków po raz kolejny nie mogłem odmówić serdecznościom lokalnej ekipy szałaśników pod wodzą "Małego Emila", co skończyło się biesiadowaniem do rana. Na chwiejnych nogach opuszczałem gościnne progi w blasku świtania razem z rytualnym wymarszem ciobanów ze stadami. Kochane Rodniany niby na wyciągnięcie ręki mieniły się purpurą zwiastując piękny czas. Burza dopadła mnie nad przywołującymi tyle wspomnień sprzed lat jeziorkami Lala i skutecznie odwiodła od zamiaru dalekiego graniowego marszu. Traf chciał, że tuż pod Ineulem odnowiono niedawno przytulny, wyglądajacy jak mały kiosk lub garaż, schron, o czym wcześniej nie miałem pojęcia. Z okazji na spokojną noc oczywiście skorzystałem, a poranek... ta pobudka w Górach Rodniańskich zwyczajnie zaszachowała konkurencję wszystkich dotychczasowych chwil uniesienia trwającej od ponad miesiąca łazęgi. Tysiącem odcieni oranżu rodzące się słońce ponad wzburzonym oceanem, targanych wiatrem, przelewających się przez granie chmur z całą plejadą szczytów to wystrzelających ponad tę dynamiczną puszystość, to kryjących się w jej odmętach. Wszystko to u moich stóp. Wrażenie jak gdybym wypadłszy z jakiegoś samolotu, oderwany od prawideł grawitacji, swobodnie szybował nad baśniowym światem... Czysta fantastyka od Ineula po Pasul Prislop. W Borszy tak się zagadałem z deczko zagubionymi francuskimi turystami, że deszczową noc przyszło mi spędzić, za pełną aprobatą szefowej, w ogródku piwnym jednej z knajpek na centralnym placu miasteczka przy nieustającym akompaniamencie ekscesów lokalnej chuliganerki. Niebawem doliną Izy i przez Sygiet przedostałem się na Ukrainę. Na spotkanie z przeszłością i ratującą mi podczas pamiętnej powodziowej rejterady latem 2008 panią dróżniczką z kolejowej rampy niestety nie starczyło czasu. Czarnohorskie lato rozpocząłem małym wczasowiskiem u Kuby na Koszaryszczu nad Dzembronią, później zaś przeszedłem całą ścieżkę zdrowia od katastrofalnych ulew i ciężkiego biwaku pod Pożyżewską po sakramencki gorąc aż po Kwasy nad Czarną Cisą, gdzie znowu dałem sobie chwilę na złapanie oddechu. Wysokie połoniny Świdowca, ich niemal księzycowy krajobraz ze wspaniałymi stadami koni, by mnie i kupił, gdyby to wszystko nie było tak brutalnie rozjeżdżone. Tuż za Tataruką otworzył się przede mną nowy, zdumiewający świat. Bezgraniczna, jednorodna smrekowa puszcza zamknięta garbem Bratkowskiej rozlewała się jak okiem sięgnąć. Stałem jak wryty niczym ponad jakąś nietkniętą ludzką ręką subarktyczną doliną! Nie tego się spodziewałem. Fantastycznie zachęcające pierwsze spojrzenie na Gorgany. Tygodniowe manewry przebijania się na zachód za słupkami przedwojennej, polsko-czechosłowackiej granicy były najdzikszą przygodą całej wyprawy, przygodą kompletną, od euforii do zwątpienia, w skrajnym zmęczeniu, niszczycielskich burzach i bez krzty orientacji czasem i dzień cały w dusznej dziczy, w nieprzebytej, skwarnej dżungli kosodrzewiny, bagnie po kolana z ustawicznymi kłopotami z wodą i totalną destrukcją wszelkiej elektroniki jaką taszczyłem ze sobą.. Charakterne Gorgany w odpowiedzi na moją topograficzną nonszalancję pozbawiły mnie i telefonu i tabletu... zapewniły jednak pierwszorzędne emocje nie do zatarcia. No, a ten poranek na Popadii, absolutna magia! Pustynna aura towarzyszyła mi idąc przez mniej już efektowne chaszcze aż po Pikuj w Bieszczadach Wschodnich. Integracja z lokalsami w Bilasowicy, nocleg na szczytowym upłazku, płonące żarem i żywym ogniem połoniny, 12 godzin grzbietem z widokiem na Polskę niczym wieczność aż po przełęcz Użocką i Sianki, w których akurat jak na złość brakło życiodajnego piwa. Tak było. Szczęśliwie udało się cokolwiek zakombinować i nocną, pelną rozwrzeszczanych użgorodzkich Cyganów i cyganiątek elektriczką na Sambor o suchym pysku nie jechałem za to z wrażeniem ulgi i jakiejś tam radości, że wracam do siebie, na ojczyzny łono, ale też z dziwnym przeczuciem, że wszystko, co mogło mnie na karpackiej ścieżce zaskoczyć mam już za sobą. Biesy Graniczne przeszedłem dość beznamiętnie. Balnica, spotkanie żubra pod Szczołbem, głód, który zmusił mnie zejść do Starego Łupkowa i który zaspokoiłem tylko dzięki szczodrości napotkanych dobrych ludzi z Sosnowca. Po nocy w maleńkiej Wilczej Budzie nad tunelem, pierwsza odsłona niekończącej się granicznej opowieści o Beskidzie Niskim, sercu bliskim, choć to serce nie zawsze swą najwybitniejszą górskością porywającym. 17 godzin marszu bez przerwy od przełęczy Łupkowskiej po Dukielską(około 45 km) było rekordowym osiągiem tegorocznego karpackiego wyzwania. Bez większych perypetii turlałem się dalej w stronę zachodzącego słońca, by dokończywszy beskidzkiego maratonu nad Muszynką, przejść na słowacką stronę i opłotkami Gór Czerchowskich, Lewockich i spiskimi miedzami dotrzeć w Tatry. W przeddzień urodzin, tak się złożyło, zadekowałem się u Tomasza pod Muraniem, gdzie następnego popołudnia, nieznana mi wcześniej turystyczna brać z Rzeszowa wzięła i zrobiła mi jedną z najbardziej pozytywnych niespodzianek w życiu(najlepsze pozdrowienia!!!). Okazało się, że są na tym świecie tacy, co w tej mojej pisaninie na stronie potrafią i lubią czytać między wierszami! :-) W Tatry wchodziłem już bez wielkiego przekonania, zamyślony nad wyjazdową jesienią, co więcej zupełnie odwykłem od przeciskania się w tłumie na górskim szlaku. Wspominając tygodnie karpackich pasaży, gdzie tylko wiatr mi w marszu przygrywał... w górach najbliższych można się potężnie sfrustrować. Po wietrznej nocy pod gwiazdami w Hińczowych Stawach zszedłem do Ciemnych Smreczyn, z których, jak się przekonałem(ostatni raz bywałem tu 4 lata temu) zostały już tylko smutne, suche smreczyny, a właściwie ich, dobite wiatrami kukity, do reszty pożarte przez nie znającego litości kornika, no rozpacz patrzeć. Stojąc na Zaworach i spoglądając w głąb zalanej słońcem Cichej, porzuciłem ostatecznie pomysł dalszego marszu i zbiegłem z Gładkiej do Pięciu Stawów.
Wesoły jaworzyński wieczór z politykującymi zakapiorami dopełnił dzieła. Myślami byłem już daleko.
Karpacka włóczęga tylko potwierdziła jak nie warto odkładać na półkę tych najpierwszych z marzeń, jak niesamowicie smakuje takie spełnienie dziecięcej niemal fantazji o tych małych, wielkich, dawno wyśnionych górach, w których wyrosłem i które przez te okrągłe 20 lat życia były mi jednocześnie azylem i domem. Opowieść to o wolności kniei, grani, połonin nieskończona i oczekująca nadpisania nowych rozdziałów. Póki żyjesz, warto byś wsłuchał się w melodię duszy i po prostu idź. W góry, w Karpaty miły bracie!
p.s.
Równolegle do mojej tułaczki, z przewagą kilku tygodni, wystartowawszy w maju, wielkim łukiem przez Karpaty, rozmaitymi wariantami trasy maszerowało troje młodych, polskich śmiałków: Weronika ze Sławkiem oraz Marcin, którego patriotyczne wlepki długimi okresami sympatycznie znaczyły moją ścieżkę. Dzielne trio, w odróżnieniu ode mnie, dokończyło dzieła i po ponad 3 miesiącach przygód dotarło nad Dunaj w Bratysławie. Z tego miejsca szczere gratulacje!
komentarze: dodaj
imię: Tomek
2016-02-02 21:19
No, to przyłapała mnie Pani Aniu na tekście jeszcze przed edycją :))) Jakże mógłbym zapomnieć? :) a remanenty na stronie trwają, codziennie to tu to tam cosik przybywa, zawsze zapraszam. Co do lata, wszystko przed nami :) Pozdrawiam serdecznie!
imię: Ania
2016-01-31 21:45
Czytam i oczom nie wierzę! Brać z Rzeszowa - to my przecież ! Cieszymy się wszyscy z tego sierpniowego spotkania również! A ja myślę i myślę gdzie nas Pan poprowadzi w sierpniu tego roku....? Czy Rysy od Ciężkiej, czy Młynarz, czy Wysoka, czy Gerlach ... ?Zdjęcia oglądam na bieżąco. Pozdrawiam serdecznie.

Łukiem Karpat 2015

Przychodzi taki moment w życiu kiedy czujesz jak ostatecznie przebrzmiewają echa planów, marzeń, namiętności, którymi syciła się twoja wyobraźnia i serce radowało za młodych, wcale nie tak odległych czasów... Ni stąd ni zowąd przestaje się chcieć, kierat codzienności narzuca i sankcjonuje zmęczenie i obojętność. Dawne porywy duszy znikają za horyzontem na zawsze, a pojęcie świętej wolności zaczyna konotować z brakiem powagi, wręcz infantylizmem. Akcentowanie braku czasu należy tu i ówdzie do właściwego tonu... do tego nerw ciągłego biegu na oślep w imię próżności i manii posiadania, najbardziej rozpowszechnionej ułudy spokoju i bezpieczeństwa w tym oka mgnienie trwałym życiu... Wróg u bram i czas dać mu łupnia. więcej...
Z końcem czerwca spróbuję samotnego przejścia całego Łuku Karpat na raz, nieprzerwanym marszem. Przewidywany czas wyprawy to około 100 dni, a dystans do pokonania pieszo pi razy oko 2000-2200 kilometrów. Trasa wędrówki głównym grzbietem Karpat biegła będzie, bez przesadnej dokładności linią wododziału. Start i wejście na szlak: 20 czerwca z okolic Żelaznej Bramy w dolinie Dunaju koło rumuńskiej Orszowej na granicy z Serbią. Nastepnie Karpaty Południowe z Retezatem i Fogaraszami, Karpaty Zakrętu i Wschodnie z Rodniańskimi i granicznym odcinkiem Marmaroszy zapewne od strony rumuńskiej. Ukraińskie Hryniawy, Czarnohora i dalej na zachód przez Świdowiec i Gorgany po Bieszczady. Polskimi ścieżkami dalej pasmem granicznym przez Beskid Niski po Dolinę Popradu skąd na Słowację: Góry Czerchowskie, Lewockie, Spisz, wreszcie Tatry...(tak się składa, że na urodziny 22 sierpnia muszę i chcę być pod Muraniem!) i Wysokie i Zachodnie, z Gierlachem, Ciężką i Tomkową na sentymentalny deser... Zejście na Orawę, Babia Góra, Pilsko po Worek Raczański i Beskidy Śląsko-Morawski ze skrętem na południe... Białymi i Małymi Karpatami kończąc nad tym samym, modrym Dunajem w Bratysławie około 15 września.
Byle zdrowie i fart dopisały choćby tak jak podczas tegorocznej, zimowej Laponiady, o której wspomnieć tu na stronie poza niekompletną galerią nawet nie raczyłem. Jazdy, rozjazdy, jak tylko zacumuje, zakotwiczę, nieprędko... Relacji "dzień po dniu" z karpackiej tury, mądrzejszy o doświadczenia nie zaproponuję, zbyt wiele tak długi marsz oferuje do przeżycia, by rozmieniać to na ciągłe zawracanie sobie głowy internetowym wrzaskiem i stanem baterii w telefonie. Cokolwiek jednak, od czasu do czasu dam znać, co słychać na "Słońce Cubryny nie zachodzi nigdy".
Mija właśnie dokładnie 20 lat od chwili, kiedy góry i pagóry skradły mi duszę.
Skąd wyszedłem, tam i wracam. Nad najpierwszymi marzeniami Słońce Cubryny nigdy nie zachodzi...
O, kochana nieważkości, tułacza bezdomności swobodo pisz swoją nową historię!
Pięknego lata Wszystkim Wam życzę, do zobaczenia!
Karpaty na Wikipedii z wykazem dotychczasowych przejść Łuku Karpat.
komentarze: dodaj
imię: Tomek Lodowy
2015-08-02 12:45
Nie tylko wiem, ale i z całą pewnością tam będę! Matecznik zaprasza wieczorami :). A póki co, jeszcze kawolecek, dzis rzadze w Kwasach.
imię: Kubiks
2015-07-31 15:10
Tomek - powodzenia! Może do zobaczenia w okolicach 22 sierpnia - wiesz gdzie :)

Od Tatr po Biesy. Wiosna mglista i kwitnąca.

2015-05-12
Po tak końskiej dawce najprawdziwszej zimy, wracający do życia świat nie może człeka nie zachwycać... Wiosna! Kwiecień, maj pobaraszkowałem więc sobie tu i tam, zahaczając o ulubione zakamarki od Biesów po Tatry. Lutowe zachwyty nad atmosferą Osadnego i Udavskiej kniei przygnały mnie pocelebrować prawosławną Wielkanoc w tutejszej "czaszkowej" cerkwi. Rezurekcję odprawił sławny pop, nie mniej sławny, filmowy sołtys również się stawił się na galowo jak i całe ...szesnaście osób łącznie z nami. Wobec braku młodzianków zaprzęgnięto mnie zaraz do dźwigania proporców podczas procesji :-) Tuzin drewnianych cerkiewek dopełnił tej radosnej tury. Chwilę potem krakowskie wesele poprawiłem krokusami w Chochołowskiej. więcej...
Czysta fantastyka pomimo dość poważnych zmian jakie poczyniły w krajobrazie doliny pamiętne huraganowe wiatry z grudnia 2013. Rodzącego się, kwitnącego maja pojechałem wreszcie poszukać pośród płożących się mgieł, kryształowej rosy złocistego świtu nad kochanym Górnym Sanem, który nigdy nie zawodzi. Wspinającą się ku połoninom zieleń życia w zwycięskiej batalii z rudą martwotą bezlistnej buczyny, długiego zimowego snu wspomnieniem, z największą frajdą zlustrowałem sobie, na otwarcie dnia z grani Bukowego Berda, by to samo magiczne widowisko powtórzyć na dnia zamknięcie na Jaśle. Na dalszą degustację karpackiej wiosny oprócz absolutnie obowiązkowych wypadów w teren(!) zapraszam do obrazkowni...
komentarze: dodaj

Laponiada 2015. Od Naruski po Saariselkę.

2015-04-02
Tajgi ciemny ocean, trzaskający mróz, śniegi nieprzebyte. Po trzech latach wróciłem na łono ukochanego stumilowego lasu, by po tych tak chudych sezonach zażyć wreszcie zimy prawdziwej, a i też sprawdzić co ze mnie zostało po wszystkich opresjach minionego roku... Kreślona, jak to zwykle u mnie, z dużą dozą nonszalancji, spontaniczności i zdawania się na los, linia trasy jeszcze na etapie planów napawała radością i nadzieją. Realia lapońskiej zimy, jak się okazało, oczekiwaniom wyszły śmiało naprzeciw. Miesiąc fantastycznej przygody, wypisz wymaluj z krainy utkwionych gdzieś w najgłębszych zakamarkach duszy dziecięcych mar o wędrówce przez nieznane... 300 kilometrów zasuwania na nartach sam ze sobą przez otulone ciszą prawieku i grubą śnieżną czapą borealne lasy, samotne, wietrzne wzgórza, nicość moczarów. więcej...
To w mrokach zawiei, nieznośnie tnącej twarz całymi godzinami wietrznej, lodowatej kurniawy to w pełnym słońcu coraz dłuższego arktycznego dnia ku obietnicy wieczornej aurory i trzaskającego ognia na sen w dzikim pustkowiu. Chatka z piecem, samotne tipi spoza mapy, a może w wielkiej zaspie przyjdzie mi dzisiaj przytulić głowę w tę długą, mroźną noc? Czy śnieg poniesie równie pięknie jak dnia poprzedniego czy może przede mną frustrująca mordęga w klejącej się do nart mokrej brei z padaniem ze zmęczenia na twarz? Wreszcie, czy znajdzie się jakiś przetarty dukt, choćby tygodnie temu założony przez tajemniczego wędrowca przysypany ślad, który pozwoli zwyciężyć przytłaczającą zewsząd śnieżną toń w drodze ku północy. Czy następna przeprawa po lodowej tafli od brzegu do brzegu puści czy będzie to już karku, a właściwie tyłka na lodowatą kąpiel nadstawianie...? Batalia o przetrwanie każdego dnia wymuszała absolutną koncentrację na orientacji w mylnym terenie i dyscyplinę w gospodarowaniu siłami. Tak to przez ten lapoński miesiąc wyglądało, a każdy kolejny, szczęśliwie zakończony dzień nadpisywał tę niezwykłą historię i napędzał rytm wyprawy motywując i dodając śmiałości ku spotkaniu z nieprzewidywalną, kapryśną naturą i dopustami niebios następnego poranka. Wyrypę rozpocząłem 27 lutego w okolicach przycupniętej, w charakterystycznym dla tych stron wielokilometrowym rozproszeniu, na samej linii granicznej z Rosją osady Naruska, znanej jako fiński biegun zimna(-51 stopni Celsjusza, 1985), skąd w pochmurny i wietrzny czas wdrapałem się na wyniosłość Karhutunturi, by poruszając się dalej cały czas fińsko-rosyjskim pograniczem ku północy, duktami i przełajami w zmiennych, nierzadko niestety koszmarnych warunkach śniegowych z solidnym bagażem błogosławieństw i przekleństw losu, mijając dzicz Tuntsy po 10 dniach dotrzeć do opustoszałego Tulppio skąd w szalejącej zamieci, niemal po omacku przemieściłem się nad zamarzniętą Nuortti. Plany szusowania doliną rzeki do najdalej na wschód położonej chaty Saiho skończyły się rychłym zagrzebianiem w katastrofalnych zaspach i nocną ucieczką z powrotem po śladach byle tylko uniknąć ciężkiego, awaryjnego biwaku. Połamane kijki i powiększająca się rana pretarcia na lewej stopie nie ułatwiały zadania. Ostatniego wieczoru w Karekoi, która była mi schronieniem przez trzy noce poznałem Petriego, który zawitał z rodziną i okazał się pasjonującym rozmówcą... Chwała Bogu, że trawersowaniu ku drodze do Kemihaary towarzyszło wreszcie piękne słońce, które łaskawie zostało ze mną i z towarzyszami poznanymi w starym, dobrym Vieriharju na dzień następny, a dzień był to szczególny, niejako koronujący długą łazęgę w połowie jej dystansu wychodnym na Korvatunturi. Ot kulminacja jak się wtedy wydawało zimowej bajki z warunkami jak na życzenie i horyzontami pod 200 kilometrów w każdym, arktycznego świata kierunku. Ów dzień marzenie zakończyło socjalizowanie się w saunie nad Vierihaarą i posiadówy w noc z fińskimi kompanami Esko i Janim oraz żywą legendą świata lapońskich samotników, wędrujących bardów, którą miałem przy tej okazji wielkie szczęście poznać, tylko na pierwszy rzut oka niepozorną starszą panią, a bohaterką książek, niezliczonych artykułów prasowych i romantycznych fińskich opowieści Sirkką Ikonen "Księżniczką Południowej Tajgi"/"Itäkairan prinsessa"/. Wspólny czas płynął nam w anturażu migoczącej turkusowej zorzy polarnej, wśród dochodzących z ciemności kniei sowich pohukiwań... Niebiosa wyraźnie postanowiły wynagrodzić mi wszystkie męki pierwszych etapów wędrówki i ku wytęsknionej dolinie Jaurujoki zmierzałem w niemal euforycznym nastroju. Zanim jednak zakotwiczyłem na ulubionym świata końcu w Peuraselce, nie kryjąc wzruszenia wobec potęgi wspomnień o maleńkiej chatce ratującej mi niegdyś skórę listopadową nocą najczarniejszą pośród bagien, stanąłem na noc w subtelnie wyremontowanej ostatnimi czasy Manto-oi. Niebo krwiście malowało leśny horyzont, a pełne moich poprzygodowych egzaltacji wpisy sprzed czterech zim, jak się okazuje, wciąż niczym cząstka mnie tkwią w pożółkłej książce gości leżącej na stole łącząc przeszłe i teraźniejsze karty rozdziału mojej lapońskiej opowieści. Nad meandrami Jauru tasowałem się z poznaną w Peuraselce samotną narciarką z Kemijarvi, Sirkką, nie tylko doskonałą kompanką długich deliberacji przy ogniu, ale i osobą z sercem na dłoni, która tak podzieliła się ze mną swoim zapasem żywności, z której racjami dziennymi zaczęło u mnie być krucho,jak również miała nerw opatrzyć moją rozcharataną dokumentnie lewą piętę... Razem z wejściem w góry pojawiły się wreszcie, długo niewidywane rogasie renifery. Torfowa mikrochatka nad górną Vongoivą absolutnie skradła mi serce, choć wicher gwizdał wszystkimi szparami okrutnie, a drewna na opał nie szło odkopać ze zwałów śniegu. Purpurowe zmierzchy i poranki, nieba wielki błękit nade mną, huraganowe szaleństwo na szczytach. W sławnej, przestronnej Anteninmucce, którą odwiedzałem po raz pierwszy wpadłem na ...Ludmiłę, niemiecką znajomą z głuszy sprzed czterech sezonów(!) oraz Estończyków, ojca z synem, co mojej biedzie z prowiantem ulżyli prezentami więcej niż szlachetnie... Na dokładkę pięknie sobie wespół posaunowaliśmy. Kolejne przełęcze w kryształowym słońcu i znośnym mrozie i chata Mourravaarakka cała moja i tylko dla mnie, podobnie jak dzień foczenia na Sokosti i długiego zjazdu w wieczornej scenerii nad Luiro. Niby oczywista ostatnia odsłona drogi ku Saariselce niespodziewanie przyprawiła mnie prawie o ducha wyzionięcie nad Suomunjoki, gdzie zadymka i mokry śnieg zagoniły mnie w stan przedagonalny, hen w ciemną i zimną noc. Odwodniony, ostatkiem sił dowlokłem się właściwie na czuja w okolice jeziora Lankojarv. Majaczące w oddali światełko chatki, niczym latarnia morska zwiastowało wyswobodzenie się z tej dramatycznej matni. Zasłużoną sielankę przed ostatecznym powrotem do cywilizacji umiliło mi spotkanie z trójką sympatycznych Czechów, którzy od ponad tygodnia, jak mi oznajmili, zasuwali moim śladem, tropiąc wnikliwie zostawiane przeze mnie w chatkowych książkach raporty. W zaspyanej hałdami śniegu Saariselce pogościłem się soczyście i odżyłem. Mnóstwo narciarzy, szczyt sezonu, trasy biegowe, że żyć nie umierać i gdyby tylko nie ta ostatnia noc przed dniem wylotu z Ivalo, gdyby nie to 20 stopni na minusie i dygotanie do zwariowania, do rana... Mocny akcent na pożegnanie z kochaną Laponią.
Żal się z tego pięknego zimowego snu budzić...
komentarze: dodaj

Tatrzańskie Horyzonty. Zima 2015

2015-02-25
Żegnając o zmierzchu nad Radoszycami rysujące złocisty horyzont Tatry, jeszcze tego samego wieczora zameldowałem się u ich stóp, pod Muraniem. Korzystając z czasu mnóstwa poperegrynowałem sobie do syta po całej okolicy, od Spisza przez Liptów na Orawę i z powrotem. Dookoła Tatr, jutrzenki i słońca zachody plus trochę wytęsknionych, solidnych nart pod Chopokiem. Idealny czas, pogoda i nocne deliberacje... ot przedlapońskie entrée jak trza!
komentarze: dodaj

Z widokiem na Borżawę. Zimowy Pikuj i Zakarpacie.

2015-02-23
Nareszcie zima, więc hop sup "za bucki"! Wydawać by się mogło, że wspomnienia z wypadu na ukraińską stronę Bieszczadów zdominuje doświadczenie dróg, a właściwie tego czegoś, szokująco dziurawego co umownie drogami jeszcze się tam nazywa i o skrajne katusze tak umysł i ciało jak chyba przede wszystkim nieprzywykłe do takich atrakcji auto przyprawia, a jednak nie! Ośmiogodzinna wycieczka z Husnego na Pikuj i z powrotem, nim słońce wzejdzie, przez dziewicze zaspy do kolan, po pas, na azymut(czemu nie zabrałem ze sobą deka wody? czemmu nie ubrałem nart?!) ku srebrzącej się w najpiękniejszej zimowej scenerii połoninie z widokami od Czarnohory na wschodzie po majaczące na dalekim zachodnim horyzoncie Tatry to było TO! Na pierwszym planie niby w zasięgu ręki Borżawa i uśpione, skromnie przycupnięte pośród gór i doskonale zespolone więcej...
z krajobrazem(dokładne przeciwieństwo Podhala...) drewniane wioseczki Zakarpacia z romantycznymi, wychynającymi tu i ówdzie samotnymi wieżyczkami murowanych kościółków. Po drugiej ręce ojczyste połoniny po raz pierwszy oglądane przeze mnie od "dupnej" strony. Najpiękniejszy dzień na przeciąg wielu miesięcy wstecz dopełniłem wojażem w stronę krwiście zachodzącego słońca przez obserwowane dotąd tylko zza kordonu Sianki, bystrymi serpentynami na Użok, gdzie skok z drewnianego "lwowskiego" w murowane "użgorozdzkie" wciąż przypomina o przedwojennym układzie granic... Ani wzmożone kontrole po trasie("u nas wajna, panie!") ani mały skandal z ponad 2 godzinnym kiblowaniem u słowackich pograniczników w Ubli nie były w stanie zburzyć radosnego uniesienia tego genialnego dnia, który zakończyłem samochodowym biwakiem pod Dziurkowcem w Runinie.
komentarze: dodaj

Trzaska mróz, połoniny goreją.

2015-02-22
Przykurzyło, przymroziło. Gdzieżby indziej szukać wspanialszego odurzenia zimową pustką, ciszą i kryształowym powietrzem, jeśli nie nad Górnym Sanem! Bieszczadzki ersatz dalekopółnocnych klimatów, które powitam lada dzień wobec czego narty w bój! Podreptałem sobie do Grobu Hrabiny aż dzień mi się skończył spotykając po drodze rozmowny patrol SG. Powrót w ciemnościach do Bukowca kojący, ale na tym nie koniec, bo wygrzebywanie auta z zaspy zajęło mi bite dwie godziny... Nowy dzień nad Tarnawą i skutą lodem wstążką granicznego Sanu wstał rześki, pośród siarczystego mrozu i rzednących mgieł. Połoniny płonęły, ręce kostniały, a ja tylko stałem jak wryty, nie licząc czasu, odmarzając w pełnym zachwycie. Uwielbiam, uwielbiam to miejsce.
komentarze: dodaj

Podziękowania

Serdecznie dziękuję za współpracę w tworzeniu strony:
Wojtkowi Kościelniakowi /nethium.pl/, Larremu Carreau, Ericowi Visentin, Radu Paltineanu, Ericowi Chumachenco, Tomasowi Kristofory, Peterowi Budai,
Artjomowi Romanowowi, Roberto Guasco, Tizianie Ciaghi, Lukasowi Zemankowi, Enrique Zozaya, Lolli P., Paulo Roberto Felipe da Silvie, Samerowi Hajricowi,
Vidowi Pogačnikowi to be continued...
"Sędziwy wiek nie bardziej się nadaje na instruktora niż młody, zyskał bowiem mniej, aniżeli stracił." - Henry David Thoreau
© 2011-2018 Tomasz Świst ◊ odwiedzin: 1329631 ◊ użytkowników online: 2strony internetowe Łódź ◊ czas html: 46ms